DZIAŁO SIĘ

Dodane: 8 dni temu
Żegnamy Marka Pawłowicza

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Marka Pawłowicza, dziennikarza, członka Oddziału Warszawskiego SDP. Masza Święta pogrzebowa zostanie odprawiona 19 października 2021 r. o godz. 13.00 w Kościele Św. Karola Boromeusza przy ul. Powązkowskiej 14.

więcej

Odsłon: 3874 | Komentarzy: 2
Dodane: 13 dni temu
Statutowe wnioski na Zjazd

Statutowe wnioski na ZjazdCzłonkowie Oddziału Warszawskiego SDP, Zofia Zubczewska i Stefan Zubczewski przekazali Komisji Zjazdowej wnioski dotyczące m.in. przywrócenia poprzedniej procedury przyjmowania członków, z uwzględnieniem stażu kandydackiego i dwóch wprowadzających oraz przywrócenia możliwości komentowania artykułów na stronie internetowej SDP. Wszystkie publikujemy poniżej.

więcej

Odsłon: 5571 | Komentarzy: 0
Dodane: 13 dni temu
Dopuścić dziennikarzy do granicy

Dwoje Członków Oddziału Warszawskiego SDP, Janina Jankowska i Stefan Truszczyński wystosowało do Prezesa SDP apel w sprawie zniesienia zakazu przebywania dziennikarzy na terenach objętych stanem wyjątkowym przy granicy Polski z Białorusią. Apel podpisała również Agnieszka Romaszewska-Guzy. Publikujemy tekst apelu.

więcej

Odsłon: 4905 | Komentarzy: 0
Dodane: 16 dni temu
Wnioski na Zjazd
Dodane: 31 dni temu
Zmarł Jerzy Targalski
Dodane: 35 dni temu
Potrzebne kontrole



w okowach korporacji
Dodano: 2014-10-24 - w piątek rano


Jednym z największych niebezpieczeństw grożących polskim mediom jest wtłaczanie ich na siłę w gorset firmowych procedur. Zwłaszcza, że korporacje w rodzimym wydaniu są często karykaturą ich zachodnich odpowiedników.

 

Rok temu Agencja Dramatu i Teatru zaprosiła mnie na czytanie perfomatywne sztuki austriackiej  autorki  Petry Marii Kraxner pt. „Cyfrowa praca przy taśmie”. Rzecz była ciekawa i poruszająca, dla mnie szczególnie, bo akcja toczy się w fabryce tekstów. Konkluzja jest zaś taka, że słowo jest takim samym tworzywem, jak metal czy drewno. Może być tak samo użytkowo traktowane, a komputer osoby, która teksty tworzy niczym się nie różni od warsztatu tokarza na ten przykład. Z Teatru Studio wychodziłam z mieszanymi uczuciami. Tekst podobał mi się bardzo, jako miłośniczka teatru chętnie zobaczyłabym pełny spektakl, może nawet chciałabym wziąć udział w produkcji takiego przedstawienia. Ale przecież jestem też dziennikarzem, żyję z tego, że tworzę teksty, czasem połączone z ruchomym obrazem. Czy ja też pracuję w fabryce. Niestety coraz częściej wydaje mi się, że tak.

Przestrzeń kreatywna

Proces przekształcania mediów w korporacje trwa od lat dziewięćdziesiątych.  Już wówczas handlowano zapamiętale tytułami prasowymi, a nowi właściciele usiłowali wprowadzić swoje porządki na wzór zakładów produkujących śrubki, proszki, czy co tam kto chce. Do dziś pamiętam, jak wspólnie zastanawialiśmy się, nad tym, jak opisać proces produkcji tygodnika, którego zażądał jeden z doradców. Z podobną – jak to nazwałam na swój użytek „metapracą”, czyli opisywaniem pracy, zamiast jej wykonywania, spotkałam się u następnych wydawców.

Kolejnym etapem miało być uproszczenie procesu – zlikwidowanie zbędnych elementów. W praktyce takim zbędnym elementem okazuje się np. korekta – efekty widać gołym okiem. Błędy ortograficzne, interpunkcyjne, faktograficzne, teksty bez planu, gazety bez jakiegokolwiek porządku. Kto by się tam przejmował. Zdecydowanie ważniejsze jest to, żeby porządek panował na biurkach redakcyjnych. Informacja z dzisiejszych (21.10) „Wirtualnych mediów” o tym, że w „Rzeczpospolitej” wprowadzono zasadę „czystego biurka” szczerze  mnie ubawiła, jako kolejny objaw postępującej korporatyzacji mediów. Ale już mniej zabawnym aspektem sprawy jest reakcja naczelnego. Redaktorzy naczelni w korporacji odcinają się od swoich dziennikarskich korzeni i stają się funkcjonariuszami systemu (korporacji znaczy). Są gotowi uzasadniać nawet najgłupsze decyzje wydawcy, bez zmrużenia oka tną wierszówki do absurdalnie niskiego poziomu. Żeby nie być gołosłowną – za tekst do pewnego portalu otrzymałam honorarium w wysokości 15 zł, tego samego dnia za przyszycie guzika do buta zapłaciłam  25 zł. Szewc jest fachowcem, mnie, znaczy dziennikarza, można zastąpić każdym.

Konsekwencje tego powszechnie panującego przekonania są takie, że jeśli dziennikarz popadnie w konflikt z informatorem, reklamodawcą, czy kimś innym, to z założenia redaktor staje po stronie tego ostatniego. Kiedyś nie do pomyślenia! Ale cóż się dziwić naczelnemu X czy Y, skoro na naradach produkcyjnych (nie mylić z kolegium redakcyjnym) słyszy, że najważniejsze są słupki, wyniki sprzedaży i przychody z reklam. Czytelnik jest jeszcze potrzebny, żeby zostawił w kasie pieniądze, ale to wcale nie znaczy, że mamy go szanować.

Kwestia zaufania

Przejawem braku szacunku dla inteligencji czytelnika jest recykling tekstów. Czasem z on-linu do papieru, czasem odwrotnie, a bywa też niestety, że te same teksty publikowane są w kilku tytułach. Jakby komuś z zarządzających firmą powiedzieć, że to nie fair dwa razy sprzedawać to samo, to bardzo by się zdziwili. Grunt, że słupki rosną. Rosną, bo dziennikarzowi za ponowne wykorzystanie tekstu zapłacić nie trzeba.

Podobnie, jak nie trzeba go pytać, czy zgadza się na zmiany w tekście. Żeby była jasność, sama wielokrotnie redagowałam teksty i wiem, że w zasadzie każdy tekst redakcji wymaga. Tylko, że to, co dzieje się z tekstami w fabryce kompletnie nie przypomina pracy nad tekstem. To jest „udoskonalanie”. Nie zawsze potrzebne i co gorsza czasem kompletnie bez sensu. Przykład z życia – dwa lata temu redaktor naczelna pisma z nurtu true story poprosiła, żebym opisała historię mojego biegania. Zależało jej na faktach, żeby było autentycznie. Spełniłam prośbę. Autentyczne było wszystko, emocje, wydarzenia, sytuacje i nazwiska moich przyjaciół. Niestety redakcja uznała, że coś trzeba zmienić, bez konsultacji rzecz jasna. Efekty były żałosne, bo już pomijając to, że żarty stały się nieśmieszne, a logika zniknęła bezpowrotnie, to w usta jednej z bohaterek zostały włożone słowa, których powiedzieć nie mogła, bo jest popularyzatorką biegania i naprawdę się na tym zna. Było mi wstyd, przeprosiłam. Próbowałam przekonać naczelną, że jednak lepiej konsultować zmiany, zwłaszcza jak „poprawiacz” nie zna się na tym, o czym tekst traktuje. Miałam nadzieję, że naczelna wyciągnie wnioski wobec winnych... wyciągnęła wobec mnie. Najpierw usłyszałam, że nikt nie ma czasu konsultować zmian z autorem, a wkrótce moje kolejne teksty jakoś przestały się podobać.

Ta historia stanowi przyczynek do kolejnej zmiany, jaka nastąpiła w życiu redakcji. Kiedyś ważnym elementem pracy dziennikarskiej była ocena wykonanej pracy. Do dziś pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi kiedy po raz pierwszy miałam na kolegium dokonać oceny numeru „Przeglądu Technicznego”. Refleksja nad tym, co się udało, a co nie, krytyka, dyskusja były czymś oczywistym. Do czasu. Bo w mediach, które są korporacjami na krytykę nie ma miejsca. Przecież funkcjonariusze są nieomylni! A jak się dziennikarzowi nie podoba, to nie musi pracować, artykuły autorskie da się zastąpić materiałami przygotowywanymi przez PR. Hierarchię materiałów załatwi nam algorytm w wyszukiwarce. Jedyną wartością, którą utracimy bezpowrotnie jest zaufanie czytelników. Spróbujmy do tego nie dopuścić. Powiedzmy nie korporatyzacji mediów!

Dorota Bogucka   


Odsłon: 3343 | Komentarzy: 0 | Udostępnij: udostępnij na facebook-u udostępnij na twitterze

Dodaj swój komentarz

komentarze(0):



Dodaj komentarz:



Adres e-mail nie zostanie wyświetlony na stronie,
służy jedynie możliwości potwierdzenia komentarza.








Copyright © SDP Warszawa 2010                                                                                                            Projekt i realizacja: Webdreamers