W mroźny styczniowy wieczór miłośniczki kina z Oddziału Warszawskiego SDP spotkały się na Foksal, żeby obejrzeć „Niewinnych czarodziejów” Andrzeja Wajdy. W ten sposób zainaugurowaliśmy rok Mistrza, przypominając jednocześnie jeden z klasyków rodzimej kinematografii z wieloma znakomitościami polskiego i światowego kina w obsadzie. Przykładów nie trzeba daleko szukać – Jerzy Skolimowski, oprócz epizodycznej roli którą zagrał, jest wspólnie z Jerzym Andrzejewskim scenarzystą filmu i czuwał nad dialogami.

Jak nam zdradziła Monika Kicuła, która wprowadziła nas w kulturowe tło i obyczajową atmosferę powstawania filmu, Jerzy Skolimowski tak bardzo wczuł się w rolę boksera, że rozcięty łuk brwiowy był autentycznie uszkodzony. W filmie wystąpił też Roman Polański. Mogliśmy zobaczyć i usłyszeć całą plejadę wybitnych muzyków – z Krzysztofem Komedą i Andrzejem Trzaskowskim na czele.

Rok 1960, kiedy film powstał to czas, gdy do Polski docierały już wieści o francuskiej Nowej Fali, w klubach grany był jazz, a kobiety nosiły spódnice na halkach. Po siermiężnych i purytańskich latach 50. widoczne było rozluźnienie gorsetu. Andrzej Wajda zaś kojarzony do tej pory z poważnym kinem historycznym, chciał udowodnić, że dobrze się czuje również w tematach współczesnych.

Fabuły filmu nie opowiem, tradycyjnie, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy go jeszcze nie widzieli. Akcja skupiona jest wokół pary, która spotyka się w klubie i spędza ze sobą noc, prowadząc subtelną grę, chowając i ujawniając emocje. O bohaterze – granym po mistrzowsku przez Tadeusza Łomnickiego wiemy, że jest lekarzem, muzykiem  i koneserem kobiet, a o bohaterce nie wiemy nic ponadto, że jest oczytana i inteligentna. Grająca tę rolę Krystyna Stypułkowska trafiła na ekran dzięki prasowej akcji, i chociaż odniosła sukces, to całą karierę zawodową związała z dziennikarstwem. Pracowała m.in.  w PAP.

Film jest w gruncie rzeczy kameralny – jak słusznie zauważyła Karina Łopieńska, dzisiejsze kino nie wytrzymałoby tak długich scen, jak na przykład ta, kiedy bohaterowie grają pudełkiem zapałek.

Drugoplanową bohaterką filmu jest Warszawa – jeszcze bez Dworca Centralnego i wieżowców. Miasto, którego już nie ma. Ale są wyjątki, np. podwórko, na którym dzieje się ważna część akcji przy Chmielnej 10a wciąż można zobaczyć.

Mnie osobiście sentymentalna podróż w przeszłość z konduktorami w autobusach i peronówkami na dworcu kolejowym bardzo się podobała. Do filmowej klasyki warto wracać.

Następne filmowe spotkanie na Foksal – 18 lutego. Serdecznie zapraszamy!

Tekst i foto Dorota Bogucka