Zapis pierwszej dyskusji panelowej podczas konferencji „DZIENNIKARZE. Skąd przychodzimy? Dokąd zmierzamy?”, zorganizowanej przez Prezes Honorową SDP i Zarząd Oddziału Warszawskiego SDP 15 kwietnia 2026 r. w Warszawie.

Prezes Honorowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Krystyna Mokrosińska:

Przedwojnie ….

 W rysie historycznym, który przygotowałam  znalazły się fragmenty, które wprawdzie dotyczą przedwojnia, ale my też żyjemy w przedwojniu, więc pozwolą Państwo od takich fragmentów zacznę.

„W sprawach między dziennikarzami Syndykat, a dotyczy to Syndykatu powołanego w 1925 r., wydał uchwałę potępiającą wycieczki osobiste dziennikarzy na siebie”.

27 maja 1939 r. Ogólnopolski Związek Dziennikarzy przyjął Uchwałę, że wszyscy zorganizowani w Związku dziennikarze, bez względu na dzielące ich różnice polityczne, gotowi są w ówczesnych warunkach międzynarodowych i ówczesnym położeniu Rzeczpospolitej nie tylko ograniczyć, dopuszczalną w normalnych czasach, krytykę polityczną, ale i aktywnie popierać kroki rządu w dziedzinie obronności i pełnej gotowości bojowej Państwa. Rezolucję podpisały wszystkie syndykaty  i złożono ją ministrowi Składkowskiemu.

To tyle jeśli chodzi o historię i jeszcze jedno. Chciałabym, żeby spotkanie ze świadkami, to co za chwilę tu Państwo usłyszą, żebyśmy co najmniej trzykrotnie przypomnieli jedną osobę.

Melchior Wańkowicz w 1925 r. miał już na koncie trzy książki, był już postacią szalenie znaną. Został kierownikiem Wydziału Prasowego  i Widowiskowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie zajmował się zwalczaniem pornografii.

Teraz poproszę świadków. Pan Romuald Karaś jest chyba naszym najstarszym świadkiem, Pan Maciej Wierzyński, Jest Stefan Truszczyński, Jacka Snopkiewicza będziemy widzieć w filmie.

Rok 1956 był to pierwszy oddech dziennikarzy. Czy był to rzeczywiście oddech, czy była to prawdziwa odwilż? Panie Romualdzie Pan jest w tej chwili naszym jedynym świadkiem.

Kręta droga do dziennikarstwa

Redaktor Romuald Karaś: to co powiem, nie wiem czy się nadaje do opisania, ponieważ jest bardzo osobiste i być może niesprawiedliwe. W 1956 roku napisałem artykuł „Blaski i cienie studenckiego żywota” na fali odwilży. Opisałem mój Wydział Prawa, na który wstąpiłem zupełnie przypadkiem. Chciałem być wiejskim nauczycielem, ale miałem zszarganą opinię i nie przyjęto mnie do Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Egzamin zdałem a nie zostałem przyjęty. Nie chciano mi wydać opinii, którą wystawili moi koledzy. Tym, który mnie zwerbował był Jerzy Kuberski. Późniejszy minister oświaty, przedstawiciel Polski w Rzymie. Mówił, że nauczyciele powinni być inżynierami dusz ludzkich. Na co ja przez przekorę powiedziałem, że to jest niemarksistowskie określenie. Na co on mi zaripostował, że tak powiedział Józef Stalin i tak napisał. Nie wiedziałem, że dusza jest pojęciem marksistowskim. W efekcie nie mogłem się nigdzie dostać na studia. Z trudem uzyskałem wiadomość, że podobno jest szkoła pedagogiczna w Opolu. Jechałem całą noc z Warszawy. Sekretarka powiedziała, że profesor rektor Respond może mnie przyjąć za miesiąc, jeśli złożę podanie. Odpowiedziałem, bujając oczywiście, że jestem jego krewnym. Sekretarka zameldowała mu, że  przyjechał krewny, który chce się dostać na studia. Rektor odpowiedział, że nie zna takiego krewnego. Mając pewne zdolności plastyczne, narysowałem w międzyczasie portrecik z profilu, bo en face nie umiałem. Zaniosła rektorowi, ale on powiedział, że powinienem pójść na Akademię Sztuk Pięknych zamiast nie zostać nauczycielem. W końcu mnie przyjął i mówi: nie widzę żadnego pokrewieństwa między nami. Na co mówię: jak to, moja ciotka też Respondowa, wdowa z pięciorgiem dzieci, żyjąca w biedzie na pewno jest, sądząc po nazwisku, jeśli nie krewną, to może kuzynką albo powinowatą. W tym czasie zdążyłem narysować jego portret z profilu. On powiedział: utwierdzam się w przekonaniu, że pan powinien pójść na Akademię Sztuk Pięknych, a nie zostać nauczycielem wiejskim, do czego pan zmierza. Zresztą na polonistyce nie mamy już wolnych miejsc. Zaczął mnie przepytywać z tego, co przewidywały egzaminy. Połączył się z Kuberskim, który mu się zaczął stawiać. A ten mówi: pan rozmawia z rektorem, z jego magnificencją, pan jest gówniarzem, proszę przesłać jego dokumenty.

Oczywiście miejsc wolnych nie było, rektor Respond pytał, skąd mi taki pomysł wpadł, żeby mówić, że jestem jego krewnym. Jeśli nie ciotka, to na pewno w miasteczku koło Puław, jest ktoś z kim pan może być spokrewniony. Zapytał, kto to jest. Józef Respond – mówię, ten który prowadził śledztwo w sprawie Gorgonowej. A, to pan zna Gorgonową, istotnie może tam jakieś dalekie pokrewieństwo. Pan powinien studiować nawet nie na Akademii Sztuk Pięknych, choć moje podobieństwo jest wyraźne, pan powinien studiować prawo. Wkroczył pan w dziedzinę niesłychanie trudną i musi pan wiedzieć, jak się bronić. Kazał sekretarce poszukać jakiegoś wydziału, gdzie by można było zdawać w drugim terminie na prawo. Po raz pierwszy spotkałem kogoś tak życzliwego, jeszcze w dodatku jego magnificencję. Przypadek sprawił, że wolne miejsca były w Lublinie na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Zdałem egzamin, walcząc o wszystko, ponieważ był temat, który znałem świetnie jako przewodnik po Puławach, Kazimierzu i Nałęczowie. Pisałem w ósmej klasie bardzo trudny egzamin.

W efekcie dostałem się na ten wydział prawa. Jaka była specyfika tego wydziału. Uczyliśmy się prawa, które było często bezprawiem. Jakiś czas uczyłem się dla mojego profesora, który postawił mi piątkę za wypracowanie o Konstytucji 3 Maja, postępowe elementy i konserwatywne i wdał się w dyskusję. To był Leon Halban, autor pierwszej książki o hitleryzmie. Niezwykła książka. Prorocza. Wydana w 1936 roku.

W momencie, kiedy już tego prawa miałem dosyć napisałem właśnie „Blaski i cienie studenckiego żywota”. Przyszedłem do dziekanatu i zobaczyłem, że jego magnificencja Andrzej Bunda, późniejszy prokurator, zawiesił mnie w prawach studenta. Nie było to coś miłego, tym bardziej, że moja dziewczyna powiedziała, że mam czego chciałem i zaczęła mnie oskarżać, że nie uszanowałem profesorów i opisałem,  że zamiast prawa uczą nas bezprawia.

Jak wyglądały dalsze moje losy? Komisja dyscyplinarna była łaskawa i tych, którzy podrabiali stopnie w indeksach łagodnie potraktowała. Tych, którzy uczestniczyli w jakiś tam bójkach, rozbojach, kradzieżach też łagodnie. A mnie komisja dziekańska pozbawiła praw studenta na zawsze. Nie miała takiego prawa, ale tak to brzmiało. Tylko dwóch profesorów stanęło w mojej obronie i dwóch asystentów. I jeszcze jakiś szef studentów.

Postanowiłem dać sobie spokój ze studiami w Lublinie, przenieść się do Krakowa i uprawiać tylko dziennikarstwo. Tam poznałem Janusza Roszko, to była ormiańska rodzina, bardzo zasłużona. Jeden z pierwszych słowników polsko-ormiańskich to był właśnie napisany u schyłku XVIII wieku przez Roszkę.

Odradził mi, że Kraków to nie jest dla mnie, trzeba się jednak ukorzyć i zostać. Komisja dyscyplinarna, o czym nie wiedziałem, komisji przewodniczył profesor Halban, ale dał kogoś innego, kto go zastępował. Żebym się nie poczuł mocno, dali mi naganę z wpisaniem do akt. U tych profesorów, których zniesławiłem, musiałem zdawać egzamin. Chcieli mnie oblać zdecydowanie, ale zażądałem pisemnych odpowiedzi. I w efekcie wybrnąłem, zdałem to wszystko na czwórkę.

To jest początek przemian październikowych. Nie byłem w ZMP, ale wstąpiłem do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Miałem poglądy agrarystyczne. Początkowo jednak byłem w organizacji tajnej, moi koledzy skończyli w więzieniach, ja się zdołałem wybronić, bo byłem jeszcze przed zaprzysiężeniem.

Poznałem Instytut Nawożenia i Gleboznawstwa, gdzie odrabiałem lekcje, ponieważ przyjaźniłem się z synem bibliotekarza, który był niepełnosprawny. Poznałem całą elitę uczonych, którzy przed wojną chronili Polskę przed głodem, opracowując nowe odmiany zbóż, zwierząt hodowlanych. Byli przeciwnikami Miczurina i Łysenki. Odbywały się nad nimi specjalne sądy, a ja byłem tego świadkiem, odrabiając lekcje między tymi wybitnymi uczonymi.

Stąd wstąpiłem do ZSL ponieważ byli tam przedwojenni agraryści, którzy uważali, że nie przemysł jest najważniejszy  w życiu kraju ale rolnictwo. Przemysł powinien nadążać za potrzebami rolnictwa. I tak poukładało się coś w tej mojej biednej głowie.

Studenci protestują i piszą

W 1956 roku nie brałem udziału w tych wiecach, które się odbywały w różnych miastach, tylko pojechałem z całą ekipą ratować PGR, ponieważ nie miał kto kopać ziemniaków. I myśmy tam kilkanaście dni przebyli w tym PGR-ze. Kiedy przyjechałem do Lublina, to tam powstawało pismo „Pod wiatr”. Szefem był Leszek Siemion, brat Wojciecha Siemiona, tego słynnego aktora.  Cała rodzina Siemionów była fenomenalnie zdolna, pracowita i ambitna. Było ich siedmioro, ojciec zginął w Oświęcimiu, to była rodzina nauczycielska, niesłychanie ideowa.

I ten Siemion stanął na czele pisma studenckiego, nie będąc studentem, on nawet matury nie miał. Co w tym piśmie było? Przede wszystkim ogromny reportaż z wydarzeń na Węgrzech naocznego świadka z Lublina. Kto go znalazł? Ktoś zupełnie nieznany Zbigniew Jakubik. To postać niezwykła a prawie zupełnie nieznana w Polsce. Było zdjęcie Komitetu Wojewódzkiego Partii, gmachu, który został świeżo wybudowany. I podpis „nie Komitet Wojewódzki powinien się tam mieścić, tylko szpital dla dzieci gruźliczych. Był komentarz następnie, że nie najważniejsza w życiu Polski jest Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, ale Komitet Studencki, który się  zawiązał w Lublinie i nie podporządkowuje się partii. No i był mój reportaż „Dziesięć dni nie znaczy wiele”. Nic nadzwyczajnego, opisałem tylko to, co widziałem w tym PGR-ze. Widziałem rzeczy straszne, bo tak nie mogła wyglądać gospodarka rolna. To było zaprzeczenie wszystkiego. Oczywiście drugi numer już się nie ukazał. Gomułka wpadł we wściekłość czytając ten tekst o Węgrzech, tę relację naocznego świadka.

Co było dalej w moim przypadku. Oczywiście o pracy dziennikarskiej nie można było mówić nawet. To, co mnie się zdarzyło, to praca bibliotekarza terenowego. Wpadłem na bardzo dobry pomysł, kupiłem sobie rower, chodziło o to, żeby jak najwięcej bibliotek odwiedzać. Jeździłem po największych dziurach, miałem wszędzie pociągi. Wysiadałem na stacji, rowerem jechałem do biblioteki i słuchałem, co się w terenie dzieje. A działy się tam rzeczy niezwykłe. Nie miałem nawet legitymacji Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, miałem tylko zaświadczenie, że jestem współpracownikiem. Bardzo trudno było wtedy zbierać jakiekolwiek wiadomości. Trzeba było zadawać pytania. Szukałem takich wydarzeń bezspornych, które mogłyby się przebić na łamy prasy. A miałem tych zaświadczeń o współpracy kilka, z Gromady Rolnika Polskiego. Bardzo ciekawa tam była taka kierowniczka działu. Miałem zaświadczenie z Życia Lubelskiego, to była mutacja Życia Warszawy, Sztandaru Ludu, to był organ KW PZPR, jeszcze Sztandar Młodych i Stronnictwo Demokratyczne też miało swój organ i tam też pisałem. 

W Sztandarze Młodych poznałem całą czołówkę – Kapuścińskiego, Kąkolewskiego, Mularczyka i innych. To była nowość po październiku 1956 r., pismo inaczej wyglądało wizualnie, było czymś niezwykle świeży, wzorowało się na prasie francuskiej. To był wielki oddech dziennikarski.

Później miałem okazję spotkać się z Wańkowiczem. Dziś kiedy on nie żyje, to ludzie opowiadają, że byli z nim w przyjaźni. Mnie było trudno zdobyć się na odwagę, żeby z mistrzem nawiązać jakiś kontakt. Tym bardziej, że w szczenięcym wieku człowiek jest krytykantem. Szczególnie kiedy pojechałem tropem jego książki „Na tropach Smętka” i znalazłem kilka potknięć, tak to można powiedzieć. Jak przyjechał do Polski i zjawił się w Lublinie, to nie chciał ze mną rozmawiać, chociaż znał moje nazwisko, tylko wziął zastępcę kierownika działu miejskiego Romualda Wiśniewskiego. To był geniusz informacji, wszystko wiedział.

Kiedy przeniósł się potem do Warszawy, zaczął pracować w Trybunie Ludu, to zasłynął reportażem „Murzyn zemdlał od upałów”. Z fotografią murzyna, który zemdlał, bo były upały. Szukał rzeczy niezwykłych i je znajdował.

I nie ze mną rozmawiał Wańkowicz, chociaż mnie poznał, tylko z Wiśniewskim, dał mu gotowy wywiad ze sobą. Tak zaistniał Wańkowicz już w nowym Świecie lubelskim po 1956 roku.

Krystyna Mokrosińska: Dziękuję Panie Romualdzie za ten 1956 rok.

 W 1958 r. Wańkowicz wrócił do Polski, bo potraktował zmiany bardzo optymistycznie.

Romuald Karaś: Dopowiem jeszcze, że po 1956 roku w Lublinie pojawił się ktoś niezwykły Konstanty Turowski, przedwojenny dziennikarz, który na 15 lat został skazany za fałszywe oskarżenia o szpiegostwo. Żadnym szpiegiem nie był. To był wtedy największy autorytet spośród dziennikarzy. Dopiero w latach 60.dostał legitymację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Tu radio Wolna Europa

Krystyna Mokrosińska: Wańkowicz, tak jak powiedziałam, wrócił w 1958 r. do Polski a w 1964 r. już siedział w więzieniu. Jeśli mówimy o odwilży, to w tym momencie mamy koniec tej odwilży

 Od 1952 r. towarzyszyła nam Wolna Europa.

Fragment filmu, nagranie archiwalne

Jan Nowak Jeziorański: Zespół, który zebrał się dzisiaj wokół mikrofonu składa się z ludzi o najróżniejszych przekonaniach i zapatrywaniach politycznych, ale łączy nas wszystkich ta cudowna zmowa, którą daje dążenie do jednego wspólnego celu. Będziemy mówili wam prawdę o wypadkach rozgrywających się w świecie, które sowiecki reżim chce przed wami ukryć. Będziemy was informowali o wszystkich poczynaniach Polski na arenie międzynarodowej. Będziemy prowadzili na falach eteru walkę z rusyfikacją i sowietyzacją polskiej kultury. Walkę z wynaradawianiem młodzieży. Będziemy walczyli z fałszowaniem naszej historii i naszych tradycji. Będzie przedstawiali wam polską, niezależną myśl polityczną, która zdławiona została w ujarzmionym kraju, lecz rozwija się nadal swobodnie w warunkach wolności. Będziemy mówili głośno to, czego społeczeństwo polskie głośno wypowiedzieć nie może, bo ma knebel na ustach.

Krystyna Mokrosińska: To był kolejny etap dziennikarstwa w Polsce. Świadek tego czasu, Jan Nowak Jeziorański po powrocie do Polski został Honorowym Członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Potem znowu były dziwne lata, o których można różnie mówić, ale to zadanie dla historyka.

Mamy tutaj świadka tego, co się działo w latach 80., kiedy to Foksal, to miejsce, w którym jesteśmy, stało się prawie centrum opozycji. Maćku, czy mógłbyś nam przekazać Twoje świadectwo tamtych lat?

Weryfikacja oczami świadków

Maciej Wierzyński: Nie jestem tutaj całkowicie obiektywny. Przyszedłem do pracy w Wolnej Europie ok. roku 2000. Nie jestem właściwym człowiekiem, żeby obiektywnie mówić o tym, jak funkcjonowała Wolna Europa w tamtym czasie.

Krystyna Mokrosińska: Ale nie mówimy o Wolnej Europie, mówimy o tym, co się zaczęło dziać w Polsce. Co doprowadziło do tego, że musiałeś wyjechać z Polski i że zmieniłeś zawód.

Maciej Wierzyński: Byłem kierowcą taksówki przez pewien czas. Najpierw w Polsce, a potem już w Stanach Zjednoczonych, co wywoływało wielkie poruszenie, bo nazwisko miałem dość dobrze odróżnialne od innych nazwisk w tamtym czasie. Nie tylko zajmowałem się tym taksówkarstwem, ale dłubałem też w sprawach dziennikarskich.

Stefan Truszczyński: Przytoczę kilka faktów. Maciej Wierzyński był zastępcą redaktora naczelnego Studia 2, Mariusza Waltera. Za chwilę powiem Państwu o tym okresie od 13 grudnia 1981 r., bo uważam, że to jest data przełomowa. Tak jak dzisiaj zbliżamy się do daty przełomowej i wszystko się zakończy i coś nowego – wierzę w to – się zacznie. Ale na razie o Maćku.

Maciek był bardzo popularnym i jednym z najwybitniejszych dziennikarzy polskich. Pracował w wielu pismach. Wtedy, gdy się zbliżył 13 grudnia zostaliśmy wezwani – Maciej Wierzyński, Jacek Snopkiewicz i ja – ja byłem przez ostatni rok zastępcą Waltera. Zostaliśmy wezwani na weryfikację.

Maciek poszedł na tę weryfikację, siedziało tam kilku panów i pytali się nas po kolei. Maciek powiedział: nie chcę tu już pracować w dziennikarstwie. I wyjechał do Ameryki, gdzie przez wiele lat był naczelnym redaktorem, gdzie wychował swoje dzieci. Był wzorem. Maciej Wierzyński z racji rodziny, poety, Lwowa i wielu innych, z racji osobowości.

Ja Maćkowi wtedy pożyczyłem, dałem mu stół taki, na którym przewijał swoje nowe dziecko. Jeździł samochodem marki Skoda i woził dzieci do przedszkola. Maciej był wzorem.

Drugim wezwanym był Jacek Snopkiewicz, który zapytał: jak się panowie nazywacie, to oni się na niego oburzyli. Wyszedł, nie podjął pracy.

Jak mnie zapytali, czy mogę tu pracować, to powiedziałem, że tak, mogę pracować, ale pod dwoma warunkami. Jakie – zapytali – odwołać stan wojenny i wypuścić internowanych. To dostałem kopa w dupę i tak się skończyła moja praca dziennikarska na dziewięć lat.

Krystyna Mokrosińska: Proszę Państwa Erazm Ciołek robił zdjęcia w czasie tego słynnego Zjazdu w 1981 roku, wtedy kiedy wszystko się wokół nas zaczęło dziać. Kiedy właściwie Stowarzyszenie Dziennikarzy czołową organizacją.

Dyskusji towarzyszy projekcja zdjęć autorstwa Erazma Ciołka – członków SDP, uczestników spotkań na Foksal

Stefan Truszczyński: Jeszcze muszę to powiedzieć. Straciliśmy pracę, a miałem troje dzieci. Pierwszą pracę Maciej mi załatwił w firmie polonijnej u Andrzeja Czerneckiego, fizyka jądrowego i ja tam poszedłem jako zaopatrzeniowiec, bo miałem samochód. Ale nie dostałbym się bez protekcji. Drugim, którego przyjął Czernecki był były mąż Komorowskiej, który był przedtem dyrektorem technicznym teatru we Wrocławiu, on potem budował tę firmę, a ja byłem odpowiedzialny za zaopatrzenie.

Jeszcze u Waltera wymyśliłem taki program, który pokazywał, jakie rzeczy leżą odłogiem, niewykorzystane. Chłopi po te traktory jeździli przez całą Polskę nocą. Ale potem stwierdzono, że to jest program, który pokazuje czarną rzeczywistość. To było tuż przed 13 grudnia.

Chciałbym powiedzieć, że 13 grudnia pękła zapora, tak jak Papież powiedział, że wszystko się zaczęło w Wadowicach. Po 13 grudnia nie można już było pracować i wtedy bardzo wielu ludzi odeszło. Na zdjęciu, które Państwu pokażę jest 60 osób, a było nas 80 osób. Myśmy się zorganizowali trochę wcześniej, jeszcze jesienią pierwsze kontakty między tymi, którzy byli wyrzuconymi, którzy nie pracowali. Kilku wróciło np. po pięciu latach. Większość ludzi, którzy stworzyli telewizyjne Studio Solidarność.

Krystyna Mokrosińska: O Studiu Solidarność będziemy mówili za chwilę. Teraz mówimy o tym, co spotkało dziennikarzy po 1981 r.

Fragmenty filmu „Weryfikacja” w reżyserii Barbary Rogalskiej i Janiny Makowieckiej, nagranie archiwalne.

Jacek Snopkiewicz: Pamiętam ostatnie spotkanie w SDP na tematy polityczne. To było dwa, może trzy dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Ponieważ zespół Faktu cieszył się zaufaniem, miał autorytet. Byliśmy jedyną ekipą z małym wozem transmisyjnym, który został wpuszczony na Foksal. A SDP był miejscem, jak Pałac w Smolnym, można powiedzieć, gdzie wiele nitek się zbiegało, a Stefan Bratkowski był ważną postacią tamtych czasów, człowiekiem, który kierował stowarzyszeniem, mając ogromne poparcie tych, którzy przy nim trwali. Ta ostatnia dyskusja na Foksal

Ta ostatnia dyskusja na Foksal, w Sali wypełnionej po brzegi, w której brał udział członek Biura Politycznego Kubiak, był prezes PAX-u Reiff. Była taka dyskusja, co będzie dalej, z Polską. Pamiętam, że siedziałem w wozie transmisyjnym, widziałem jak operatorzy to filmują, jak pokazują twarze przedstawicieli władzy, pełne nienawiści i twarze ludzi „Solidarności”, pełne takiego napięcia, ale też bezradności. Potem, na początku stanu wojennego mieliśmy problem, co z tymi taśmami się stało, ale kierownik produkcji, nieoceniony Jan Adamczyk żadnych działaniach propagandowych. Świadomość była taka, że tego nie można wygrać, ale też nie było takiego totalnego przygnębienia, ponieważ było w podświadomości coś takiego, że jednak sprawy poszły tak daleko, że nie mogą pozostać bez śladu. Był jakiś taki wewnętrzny optymizm, nie było to załamanie, czy przygnębienie.

Weryfikacja była czymś, co z jednej strony nas bawiło. Bawiło w tym sensie, że jeżeli nas nie zamknięto pierwszej fazie, chociaż do końca nie wiemy, jak to naprawdę miało przebiegać. Wiem na przykład, bo z dwóch źródeł miałem informacje, że w Regionie Mazowsza „Solidarności” znaleziono jakoby, ale być może to był jakiś humbug SB-cki znaleziono listę z nazwiskami działaczy SDP, a byłem również członkiem Zarządu Głównego SDP – były to właściwie listy płac i za naszą działalność mieliśmy otrzymywać zapłatę w dolarach, więc jeśli były takie listy, to znaczy, że przygotowywano ciąg dalszy. Już może myślano o jakimś procesie i chciano udowodnić, że byliśmy agenturą obcych wywiadów, czy mocarstw. W pierwszej fazie wyglądało to bardzo groźnie, ale po sześciu tygodniach było widać, że stan wojenny nie będzie krwawą rozprawą, że on będzie się rozpływał. Było to co prawda po tragicznych wydarzeniach w Kopalni „Wujek”, po braku informacji na ten temat, po dezinformacji o wydarzeniach w pierwszych dniach stanu wojennego. Dzięki telewizji było widać, że nie mają ludzi. Nie mają ludzi w propagandzie i wysyłają najgorszych ludzi w mundurach. Znaczy, że to się nie może powieść.

Danuta Bińczyk: Weryfikacja polegała na zadawaniu pytań, idiotycznych, jak dziś sądzę, np. czy w mojej czy w mojej spokojniutkiej redakcji zagranicznej ktoś mówił o tym, że trzeba wieszać komunistów. Bzdura totalna, nikt tam niczego takiego oczywiście nie mówił nawet w żartach, ale to było jedno z pytań. Albo takie, że gdyby nie wprowadzono stanu wojennego, to w telewizji byłby strajk, a to stanowi klęskę dla całego kraju i co ja o tym myślę. Ponieważ to były pytania głupie, więc moje odpowiedzi były dostosowane do nich. Zresztą tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego mnie się te pytania zadaje, bo nie byłam nikim ważnym, owszem język miałam czasem niewyparzony. Dzisiaj sądzę, że jednym z powodów dla których mnie wyrzucono z pracy było to, że chodziłam do dziennika w koszulce z napisem „Element antysocjalistyczny”. Było to oczywiście szczeniackie, ale mnie się podobało i nie wiem, czy to nie był akurat decydujący argument.

Jacek Snopkiewicz: Były dwa warianty, nie iść albo iść. Ja akurat uważałem, że należy iść., podjąć rozmowę z tymi, którzy weryfikowali. Ci najważniejsi już nie żyją, więc nie ma co ich wspominać, a takie osoby, jak Marcisz z cenzury czy jacyś anonimowi pułkownicy są może mniej ważni w tej chwili.

Każdy z nas starał się tak pokierować rozmową, aby ona była nie do zaakceptowania, ponieważ bez wątpienia niektórym osobom proponowano powrót. Powiedziałem, że chętnie wrócę do telewizji, jeżeli będę mógł zrobić film o tragedii w Kopalni „Wujek” i oczywiście ta propozycja nie została przyjęta. Zaczął się okres poszukiwania pracy, zarobkowania. Tak, jak większość kolegów najpierw próbowaliśmy gdzieś zaczepić się na manowcach prasy, w takim miesięczniku polonijnym. Ale po jakimś czasie nas rozpędzono, potem w biuletynie przy „Przeglądzie Technicznym”, to samo. Wówczas człowiek zajął się stolarstwem, pszczelarstwem. Dzięki stanowi wojennemu mam dyplom Mistrza Pszczelarskiego, jestem człowiekiem niezależnym, jeśli chodzi o wybór zawodu. Bardzo nam pomagały organizacje dziennikarskie w innych krajach. Pamiętam, że dostawałem paczki z Norwegii od jakiejś młodej damy, która przysyłała mi cukier, kawę, zapałki, sól. Bardzo silna była pomoc Kościoła. Trzeba pamiętać, że Kościół niezależnie od poglądów ludzi, którzy byli w potrzebie, pomagał wszystkim skrzywdzonym i dzięki temu mieliśmy spodnie i buty na zimę, jak również nasze dzieci. No a potem w miarę, jak to wszystko łagodniało, trzeba było próbować normalnie żyć i czekać aż to wszystko się skończy, robiąc coś tam w podziemiu. Cały czas Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich działało w podziemiu, dotrwało do 1989 r. To na pewno jest zasługą Bratkowskiego i Fikusa i tych wszystkich, którzy wówczas byli w kierownictwie Stowarzyszenia.

Dziennikarska działalność podziemna

Krystyna Mokrosińska: To też była wypowiedź świadka. Chcemy wrócić do tych strzępów, które zostały. Niestety nie ma spisanej historii Stowarzyszenia. Były wydarzenia dziennikarskie, o których mówił Jacek Snopkiewicz. Chciałabym Państwu zaprezentować takie wydarzenie, wprawdzie organizowane nie przez podziemne Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale SDP działało wtedy z różnymi ludźmi i z różnymi organizacjami.

Nagranie archiwalne pierwszej audycji radia Solidarność Zofii  i Zbigniewa Romaszewskich

Tu Radio Solidarność. Tu Radio Solidarność. Od razu na początku naszej audycji zwracamy się do tych z Państwa, którzy mają magnetofony o nagrywanie naszej audycji. Przeprowadzamy dzisiaj próbę techniczną naszych urządzeń. Pozwoli nam ona na ustalenie zasięgu i jakości odbioru. Z góry też przepraszamy za zawód, który spotyka tych, którzy naszej audycji nie będą w stanie odebrać. Jest nam z tego powodu naprawdę bardzo przykro, bo zdajemy sobie sprawę, jak bardzo nasz głos jest oczekiwany. Dziś jeszcze sami do końca nie znamy naszych możliwości. I dopiero ten wspólny eksperyment – nasz i Państwa pozwoli nam wiele spraw wyjaśnić.

Czemu zwróciliśmy się do Państwa o nagrywanie audycji. Otóż można sobie doskonale wyobrazić, że właściciele naszych „masowych środków przekazu” zechcą podszywać się pod naszą radiostację, celem dezinformowania opinii publicznej. Chcielibyśmy, aby posiadali Państwo wzorce naszych głosów, które uwiarygodnią nasze audycje. Będziemy je zawsze prowadzili wspólnie. Daj Boże aż do zwycięskiego końca, kiedy nasza Radiostacja zaprzestanie już być potrzebna. Przejdźmy teraz do naszego eksperymentu.

Na obszarze całego miasta rozmieszczeni są obserwatorzy, którzy przekażą wyniki eksperymentu. Tych z Państwa, którzy odbierają naszą audycję bez żadnych trudności prosimy o trzykrotne wygaszenie i zapalenie świateł. Tych, którzy odbierają nas z trudnościami o dwukrotne. Wreszcie tam, gdzie nasza audycja jest ledwie słyszalna o jednokrotne wygaszenie świateł.

Tak więc: bardzo dobrze – trzy raz, dobrze – dwa razy, dostatecznie – raz. Bardzo Państwu dziękujemy.

Już mija drugi dzień Wielkiej Nocy. Rodziny zebrały się przy świątecznych stołach i na chwilę zapomnieliśmy, że żyjemy w kraju, w którym toczy się wojna. Wojna, którą władze wypowiedziały własnemu narodowi. Wojna ta pochłonęła i pochłania dalsze ofiary. Za świątecznym stołem nie zasiedli zabici górnicy z Kopalni „Wujek”, w więzieniu przebywa ciągle ponad cztery tysiące osób. Nieprawdą jest, że internowanie to coś innego niż zwykłe więzienie. Ciągle dochodzą do nas wiadomości o kolejnych pobiciach w obozach internowanych, na przykład w Wierzchowie i Włodawie. W areszcie przebywa skatowany student IV roku Akademii Teologii Katolickiej – Matejczuk. Chociaż w czasie przesłuchań został pobity tak, że nastąpiło pęknięcie śledziony a życiu jego zagraża niebezpieczeństwo, zamiast przenieść go do szpitala, przesłuchuje się go i bije nadal.

Pamiętajmy o tym, kiedy wmawia się w nas, że życie ulega normalizacji, że w imię spokoju i wyższych racji musimy pogodzić się z czasami pogardy. Nie może być normalizacji w kraju, w którym ludzie są bici i niewinnie więzieni, w którym są podeptane prawa ludzkie. Zgoda na taką normalizację jest zaprzaństwem. Musimy walczyć o uwolnienie więzionych, o przywrócenie godności ludzkiej, o odrodzenie naszego Związku. Taką walkę podejmuje nasza Radiostacja i taką walkę powinien prowadzić, w miarę swoich możliwości, każdy uczciwy Polak.

Przypominamy, że jutro, 13 kwietnia mija czwarty miesiąc stanu wojennego i jak co miesiąc powinniśmy zademonstrować swoją solidarność i swój protest poprzez wygaszanie świateł pomiędzy godziną 21.00 i 21.15. Ten drobny akt wymaga od nas naprawdę niewiele. Wymaga jedynie oderwania się od codzienności. Wymaga chwili pamięci. Pomyślmy wtedy o uwięzionych.

O ile próby wypadną pomyślnie, następnej audycji prosimy słuchać 30 kwietnia o godz. 21.00. tedy też poinformujemy Państwa o terminie podjęcia systematycznej działalności.

Żegnamy Państwa. Do usłyszenia. Radio Solidarność.

Fale wolności

Rozmowa Krystyny Mokrosińskiej z Zofią Romaszewską, nagrana w kwietniu 2026 r.

Wystartowałaś 12 kwietnia 1982 r., za trzy miesiące siedziałaś już w więzieniu za to, co zrobiłaś. Jak patrzysz na to z perspektywy lat?

Pozytywnie. Patrzę na to, że myśmy wystartowali 12 kwietnia 1982 r. i nawet na to, że potem się znalazłam w więzieniu absolutnie pozytywnie patrzę.

Czy to był Twój pomysł, czy to się zrodziło w jakimś momencie z jakiejś złości?

Nie, pomysł był bardziej Zbyszka [Romaszewskiego], bo on dobrze wiedział, że w Regionie Mazowsze jest już taki rodzaj nadajnika. Był zamawiany i produkowany przez pana inżyniera Ryszarda Kołyszkę, do takiego celu, żeby się porozumiewać między strajkującymi dużymi fabrykami. Chodziło o to, żeby Ursus z Hutą i z innymi mógł się porozumieć, jeżeli nam odetną telefony. Bo nie wyobrażaliśmy sobie, że stanie się to, co się stało, że odcięto wszelkie telefony. Uważaliśmy, że jak ludzie zaczną strajkować, to odetną telefony w ich fabrykach. Nie było wtedy telefonów komórkowych. W związku z tym, nie będą się mogli porozumieć.

Prezentujemy pierwszy odcinek Twojego programu. Zaprezentowałaś w tym programie nowoczesną metodę badania opinii publicznej, czyli mruganie świateł.

To był moim zdaniem bardzo dobry pomysł. Kto go wymyślił nie pamiętam. Najpierw ustalaliśmy, co będzie naszym sygnałem. Siedzieliśmy głownie we trójkę, to był Zbyszek, Janusz Klekowski i ja. Janusz był z wykształcenia i zawodu muzykiem, wiolonczelistą, więc było powiedziane, że ten sygnał to on ma wymyślić. Miał być poważny. A to Radio Solidarność to była taki nędzny magnetofonik, nagrywaliśmy na kanapie, a potem sobie wymyśliliśmy, że mamy się obłożyć tekturami z pudełek. Powiedzmy sobie szczerze, taki sygnał, że Polska jeszcze nie umarła, to byłby za poważny. Więc zapytałam, dlaczego nie taki normalny, co to podnosi ducha narodu, melodia do piosenki „Siekiera, motyka”. Wobec tego było pytanie, kto będzie grał. Janusz powiedział, że nie ma na czym grać, bo nie ma fletu prostego, ale okazało się, że można to zrobić na fujarce. Na takiej drewnianej, dziecięcej fujarce zagrał.

A jak to było z badaniem opinii publicznej?

Z opinią publiczną, to było tak, że jak oni tam stali na dachu. Bo pierwsza audycja była nadawana w ich obecności na dachu. Każdy z nas był gdzieś indziej. Ja stałam wysoko, byłam u koleżanki w Alejach Jerozolimskich i było widać, jak cała Warszawa mrugała. Nie umiem powiedzieć, kto ile razy mrugał, bo to wyglądało jak morze mrugających świateł.  Oni się tam na dachu rozpłakali podobno, nie wiem, czy obaj, ale w każdym razie Janusz twierdził, że się rozpłakał. Ja też byłam wzruszona, ale chyba się nie rozpłakałam.

A jak wróciłaś z więzienia, to jak dalej audycje były nagrywane?

Jak wróciłam z więzienia, to byłam bardzo wzruszona, że w ogóle są te audycje Radia Solidarność. Usiłują wchodzić na fale telewizyjne. Z tymi falami telewizyjnymi to było tak, że w ramach paru domów się dało zrobić. One są dosyć krótkie i odbijają się od tych wysokich domów. Ale nasi koledzy fizycy znakomicie wchodzili na telewizję, np. na „Dziennik” i  na przykład był sygnał Radia Solidarność albo „S” pokazywali z kotwicą, albo bez kotwicy – to były różne pomysły. No a samo Radio było do samego 1990 r.

Krystyna Mokrosińska: To było Studio Solidarność od 1982 r. Od 1983 r. była Gazeta Mówiona Stefana Bratkowskiego.

Gazeta Mówiona Stefana Bratkowskiego nagranie archiwalne

Stefan Bratkowski: Drogi przyjacielu, jeśli taśma trafi do twojego magnetofonu, chciałbym żebyś wiedział, czego słuchasz. Jest to ósmy numer gazety dźwiękowej, który redagowałem jak zawsze w jednym egzemplarzu dla własnej zawodowej satysfakcji i wprawy, mówiąc jak zawsze do ściany, ale myśląc o milionach ludzi myślących tak jak ja, a także o tych, którzy myślą inaczej.

Przegląd wydarzeń krajowych. Cała Polska w napięciu śledziła wstrząsający przebieg procesu morderców księdza Jerzego Popiełuszki. W ostatnich dniach prokurator Pietrasiński odczytał niespodziewanie akt oskarżenia przeciwko ofierze, przeciw Kościołowi, przeciw duchowieństwu polskiemu. Czegoś podobnego sale sądowe w Polsce jeszcze nie słyszały, a procesowi towarzyszy nagonka przeciw Kościołowi o zdumiewającym nasileniu i o zdumiewającej argumentacji. Bliższy komentarz wewnątrz numeru.

W Lublinie nawet  prasa państwowa opublikowała artykuły z wypowiedziami broniącymi czci działacza Aleksandra Hacia z lubelskiej FSC, pozbawionego życia przez nieznanych sprawców. Śledztwo znowu nie dało wyników.

Lech Wałęsa udzielił w grudniu ubiegłego roku pierwszego wywiadu prasie ukazującej się poza zasięgiem cenzury – „Tygodnikowi Mazowsze”. Był to wywiad godny robotniczego męża stanu. Ani słowa za dużo, ani słowa za mało.

21 stycznia odbyło się posiedzenie Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej Solidarności, wezwała ona do 15-minutowego symbolicznego strajku ostrzegawczego w dniu 28 lutego 1985 roku. W posiedzeniu wzięli udział jako zaproszeni goście Adam Michnik i Bogdan Lis, których prokuratury wezwały potem na przesłuchania pod zarzutem kierowania nielegalną organizacją. Okazało się, że jedynym dowodem, jakim prokuratury dysponowały była informacja o posiedzeniu zamieszczona w „Tygodniku Mazowsze”.

Z dniem 31 grudnia 1984 r. przestał działać w szpitalu na ulicy Barskiej oddział geriatryczny, mający pod stałą opieką, poza leżącymi, kilkuset chorych. Oddział zlikwidowano wyłącznie dla represjonowania prowadzącej go docent Zofii Kuratowskiej za jej działalność w Prymasowskim Komitecie Pomocy. Protest podpisany przez blisko 1000 czołowych warszawskich lekarzy nic nie wskórał. Władza lekarzy nie potrzebuje, a na gesty przyzwoitości jej, jak widać nie stać. Kilku dotychczasowych pacjentów oddziału zeszło już od tej pory ze świata z braku opieki.

Podwyżki będą, nie takie, to inne, nie tak, to inaczej, władza nadal podgrzewa kocioł, na którym siedzi, taka jest dziś natura.

Milicja Obywatelska coraz powszechniej domaga się instytucjonalnego rozłączenia ze służbą bezpieczeństwa. Motywacja: milicja nie może brać na siebie konsekwencji procesu toruńskiego, jeśli ma wykonywać swoje obowiązki. Przyznam, że się jej nie dziwię.

Na czas wizyty generała Jaruzelskiego w Stoczni Gdańskiej, Lechowi Wałęsie udzielono przymusowego trzydniowego urlopu. Śmieszne, ale prawdziwe.

Izba Wojskowa Sądu Najwyższego zatwierdziła kuriozalny wyrok na Marka Adamkiewicza, chwalonego przez przełożonych wzorowego żołnierza, który odmówił złożenia przysięgi wojskowej. Odmowę tę uznano za równoznaczną z odmową służby wojskowej, co jest jawnym i absurdalnym naruszeniem prawa i logiki. Sprawa Adamkiewicza to nowa sensacja dla prasy światowej. Pierwszy sąd, który skazuje za coś, czego Kodeks Karny nie zakazuje. Agresja władzy przeciw inteligencji trwa. Szykuje się nie tylko zmiana Ustawy o szkolnictwie wyższym, przewiduje się ideologiczną weryfikację kadry nauczycielskiej w szkolnictwie. Władza otwiera nowy front walki ze społeczeństwem, chcąc najwyraźniej zobaczyć, jak będą wyglądały masowe strajki szkolne w obronie nauczycieli. Widać obrona  krzyży w Miętnem to było dla niej za mało.

Sytuację polskiej gospodarki ekscytuje wydana przez KAW w konspiracyjnym nakładzie 7,5 tys. egzemplarzy książeczka Tadeusza Podwysockiego „Rachunek strat, czek na miliardy”. Niestety ekipa najwyraźniej takich rzeczy nie czyta, choć to tekst jednego ze swoich. W gospodarce coraz mniej śladów po reformie. Do działalności panów Zięby, Nieckarza, Szałajdy, Krasińskiego i generała Piotrowskiego dołączyła ostra zima. Wicepremier Messner ani ziębi ani grzeje, a wicepremiera Obodowskiego, jak zwykle suszy. Rokowania coraz gorsze. O krok od szaleństwa.

Krystyna Mokrosińska: Zbliżamy się do tego słynnego 1989 r., o którym koledzy mówią, że był przełomem. Był odnową, był czymś nowym.

Fragment filmu dokumentalnego „Tu Studio Solidarność” Barbary Rogalskiej i Janiny Makowieckiej, nagranie archiwalne:

Dzień dobry, tu służby informacyjne zespołu Solidarności. Wracamy do telewizji, na razie tylko w ramach wydzielonego miejsca w studiu wyborczym, nieproporcjonalnie szczupłego w stosunku do niczym nieograniczonych, jak się okazało, możliwości konkurencji. Liczymy, że wynik wyborów skoryguje i tę dysproporcję.

Stefan Truszczynski: I ruszyliśmy. Pierwsze Studio Solidarność 9 kwietnia. Rodziło się spontanicznie, po wariacku. Ojcem duchowym był Kuroń, potem poprosiliśmy pana Andrzeja Wajdę, żeby zrobił taką czapę nad nami. Mówiło się Andrzej Wajda i od razu drzwi się otwierały, dostaliśmy wspaniały prezent muzyczny.

Danuta Rinn: Solidarność wybuchła tak, jak wybuchła. My wreszcie w coś uwierzyliśmy, coś nam się chciało, jedni drugim pomagali. I ponieważ szukaliście Państwo sygnału do audycji, do programu, kiedyś nieśmiało powiedziałam: jest taka pieśń, którą śpiewam, czy moglibyście tego posłuchać precyzyjniej, ja uważam, że to jest świetne. A te skrzydła połamane. I jakoś chwyciło wtedy. Złapałyście Panie taśmę i to jeszcze wiem, że Włodek Korcz sam na fortepianie nagrał.

Stefan Truszczyński: radiowo-telewizyjne Studio Solidarność było przełomem, była to sprawa niesłychanego znaczenia dla całego społeczeństwa. Można było w Polsce słuchać wolnej Polski. To co przedtem było możliwe tylko w podziemiu. Wtedy trzeba było po prostu mówić prawdę.

Wojciech Kilar: Gdybym miał w jednym słowie zawrzeć, to tym słowem byłoby kłamstwo. Kłamstwo ideologiczne, kłamstwo polityczne, kłamstwo społeczne, kłamstwo ekonomiczne.

Pójdę więc 4 czerwca do wyborów przeciwko kłamstwu.

Alicja  Resich Modlińska: Proszę Państwa, przed godziną otrzymałam komunikat, oto jego treść. Kierownictwo Komitetu ds. radia i Telewizji postanowiło nie skierować do emisji zapowiedzianego na dziś na godz. 22.35 w programie II programu autorskiego Solidarności. Swoją treścią program ten bowiem godzi  w porozumienia Okrągłego Stołu.

Państwo i prawo to temat zdjętego programu. Występowali w nim prawnicy – kandydaci na posłów Solidarności.

Joanna Szczepkowska: Proszę Państwa 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm.

Krystyna Mokrosińska: Przechodzimy teraz do spotkania ze świadkami, którzy to robili. Stefan Truszczyński był szefem Studia Solidarność. Mówiąc o historii nie możemy o tym zapomnieć.

Stefan Truszczyński: Nie chodzi o to, żeby zapomnieć. My robiliśmy to dlatego, żeby to robić. Potem to się wszystko zmieniło. Zmieniły się oceny i do dzisiaj ocena Okrągłego Stołu i tego wszystkiego jest niewłaściwa, nieprawdziwa. Ci, którzy mają trochę rozumu i wiedzą, kto zrobił stan wojenny, to zrobił Kiszczak i to wszystko było trzymane za mordę. Ale Studio Solidarność i to telewizyjne i radiowe – Janka Jankowska kierowała radiowym – i były wojewódzkie Studia Solidarność. Mieliśmy grupę. Wiem, że nie mogę mówić za dużo, chciałbym powiedzieć o tym występie Resich-Modlińskiej opowiedzieć. To nam zrobiło szaloną reklamę. Oni zdjęli, jeszcze do ostatniej chwili siedziałem z dyrektorem Jedynki negocjowałem, bo oni chcieli zrobić 18 cięć. Zgodziłem się na 8, ale na więcej już nie. I zdjął to. Moimi zastępcami była Bożena Walewska i Zygmunt Gutowski. On wykombinował, mówi: wyślijmy to do Wolnej Europy i myśmy nocą wysłali. Taką pętlę zrobiliśmy i Wolna Europa to całą noc puszczała.

To duże Studio Solidarność to było raz na tydzień, we wtorki, 45 minut. A codziennie były takie 15-minutowe. W Warszawie kierowała Barbara Rogalska. Popatrzcie na zdjęcie, znajdziecie tam Wajdę, Brylla, Federowicza, Pietrzaka. To są ludzie, którzy współpracowali. Powiem jeszcze, jak się skończyła sprawa z tym programem „Człowiek i prawo”. Z jednej strony stali robotnicy Huty Warszawa a z drugiej strony wybitni prawnicy. Większość z nich już nie żyje. To zostało zdjęte, ale ja o mało nie wyleciałem za to, bo Kuroń się na mnie wściekł. Podlegałem tylko Kuroniowi. Kuroń mnie tylko pytał, ile chcesz pieniędzy, bo dysponowałem pieniądze na całą Polskę. Przyjeżdżali do mnie koledzy z naszych ośrodków, z Gdanska, Wrocławia. Niektórzy sobie lepiej radzili, bo też zbierali pieniądze. To było od kwietnia do czerwca. W czerwcu wygraliśmy, tak uważaliśmy, bo była radość nieprawdopodobna – 30 proc. i jeden tylko ten Stokłosa w Senacie.

Zainteresowanie naszymi programami było ogromne. Jak coś się nie podobało, to była reakcja.

Wspomniano tutaj o paczkach, przychodziły transporty i w Warszawie ksiądz Niewęgłowski, wspaniały człowiek, organizator pielgrzymek do Rzymu, źle potraktowany, umarł rozgoryczony. U niego w piwnicy był największy magazyn i to tam się składało. Jeszcze było kilka takich punktów w Warszawie. Z Markiem Pawłowiczem byłem odpowiedzialny za Ochotę. Braliśmy od księdza do naszych garaży i pod nasze garaże przychodzili ludzie i to zabierali. Śmieszne było, że okna Marka wychodziły na ten garaż, a w tym domu mieszkał Pieńkowski i jeszcze kilku generałów z Rakowieckiej. Początkowo myśleliśmy, że może tam tego nie umieszczać, ale doszliśmy do wniosku, że generał nie będzie na nas składał donosów. To było bezpieczne miejsce. Były te programy do kwietnia do wyborów. To była bardzo ważna sprawa. Było ponad 80 godzin i ponad 80 osób było w to zaangażowanych.

Zaproponowałem Andrzejowi Wajdzie, żeby był naczelnym, a ja będę chodził za nim i to był świetny pomysł, bo on wchodził, nikt nie blokował, a ja załatwiałem swoje sprawy. Jeśli chodzi o sprzęt, to oficjalnie władza się zgodziła, że dała nam mały pokoik, a nas było wiele osób. Miałem inne studia na mieście. Witek Krajewski, kierownik produkcji z TVP był  głównym rozliczającym. Pierwsi się rozliczyliśmy przed Komitetem Obywatelskim. Mama Krajewskiego dała nam mieszkanie i tam mieliśmy właściwe studio. A jeszcze mogę wspomnieć Romana Mosora, syna generała, który był w telewizji, a potem przyszedł i ustawił mi całą produkcję. Z Włoch przyszedł sprzęt. Podlegałem Urbanowi, żeby mnie i Jankowską zatwierdzić, to musieliśmy pójść do Kuronia i on się zgodził. Natomiast w sprawach organizacyjnych podlegaliśmy strukturze organizacyjnej. Dyrektor Andrzej Turski był wówczas dyrektorem I programu, zacny człowiek ale musiał ich słuchać. Jak była ta sprawa programu „Człowiek i prawo”, to Urban się schował gdzieś w KC nie chciał podejmować decyzji, to Andrzej Turski musiał to zdjąć.

Zapamiętajcie Państwo, że to Michnik załatwił sprzęt dla Studia Solidarność, stoły montażowe, kamery i kasety.  To wszystko przyjechało ponieważ zapłaciły za to związki zawodowe włoskie. Solidna kobieta przyjechała, ja to wszystko odebrałem, na lotnisku poszedłem do szefa, powiedziałem, że to jest dla Studia Solidarność, my to wszyscy wyniesiemy i nic nie powiedział. Myśmy to wszystko wynieśli nielegalnie. To nam zostało pożyczone, z czego zbudowaliśmy studia. Poza tym myśmy dostawali, od studiów telewizyjnych, od operatorów ile chcieliśmy kaset. Na to pracowało wiele osób. Te osoby trzeba wymienić. Marta Piszczatowska, pierwsza odważyła się zaprosić do swojego mieszkania razem z mężem aktorem teatru domowego, Andrzejem. Również Marcin Makowiecki i Nina.

Krystyna Mokrosińska: Chciałam w tym momencie tylko wspomnieć, że jeśli mówimy o Wańkowiczu. Też był ciąg dalszy po 1989 r. Była Wyższa Szkoła Dziennikarska im. Wańkowicza założona przez Bratkowskiego i jest do dnia dzisiejszego bardzo prestiżowa nagroda Polskiego Radia. Nagroda Melchiora dla dziennikarzy telewizyjnych i radiowych. Ten element i ta postać towarzyszy nam właściwie przez całą historię. Maćku jeszcze jedno pytanie do Ciebie, jak po powrocie ze Stanów odnalazłeś Stowarzyszenie? Było to już inne Stowarzyszenie.

Stefan Truszczyński: Jest takie zdjęcie, jak siedzą na Zjeździe te największe tuzy dziennikarskie. Gdzie oni są, ci dziennikarze? Podział w stanie wojennym to była nienawiść. Dziennikarze na ulicy się odwracali i pluli. A teraz się robi drugi podział. To jest kretyństwo. Powinno być jedno Stowarzyszenie.

Fundamenty dziennikarstwa po 1989 r.

Krystyna Mokrosińska: Chciałabym zaprosić kogoś, kto po 1989 r. budował nowy rozdział Stowarzyszenia, to jest pan mecenas Jan Stefanowicz. Jest coś, czym się powinniśmy chwalić. Do tej pory mówiliśmy o historii, mówiliśmy o tym, z czego jesteśmy dumni. Staraliśmy się nie mówić o tym, co było niedobre.

Natomiast mecenas Stefanowicz zbudował w nowym Stowarzyszeniu dwie rzeczy, o których niewiele się mówi, niewiele się wie. Nie łączy się tego z autorstwem. Po pierwsze Ustawa o dostępie do informacji publicznej. Państwo mają w swoich materiałach taki skrót. Ustawa, która buduje współczesne dziennikarstwo. Pan mecenas jest jej autorem. SDP stał obok pana mecenasa łącznie z Centrum im. Adama Smitha i wygraliśmy. Mimo dużych problemów, ustawa obowiązuje. I druga rzecz. Zbudował Radę Konsultacyjną Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

Mecenas Jan Stefanowicz: Muszę powiedzieć, że w tle tego, co się działo – dzisiaj powiedzielibyśmy – publicznie i było tym sporem politycznym, w różnych zupełnie innych podziałach okresu stanu wojennego. Ale było też takie zjawisko, że ci, którzy przetrwali stan wojenny i prawidłowo się zachowywali, potrafili współpracować. Niezależnie czy z prawa, czy z lewa.

Pierwszym miejscem, gdzie musiałem się zająć, to były pewne pierwsze regulacje. Regulacje, które dzisiaj są bardzo negatywnie oceniane. Wedle wytycznych profesora Balcerowicza. Trzeba było, jak policzyliśmy, kilkaset regulacji zlikwidować i w to miejsce naiwnie przyjmowaliśmy, że kilkanaście wystarczy. Oczywiście nie można było nagle pracy przeprowadzić bez konsultacji, bez refleksji, a tym bardziej bez pewnego tła politycznego. Partie dopiero kształtowały się. Nie było wyraźnego podziału, wzorców z okresu sprzed wojny. W innych krajach było zupełnie inne społeczeństwo. Nasze społeczeństwo zostało zmontowane z tych, którzy wracali z zagranicy, tych, którzy byli na wewnętrznej emigracji i tych, którzy musieli realizować swoje. Mieliśmy swoich wynalazców, przemysł, gdzie oni działali. Ci ludzie z różnych stron przychodzili, ale w sumie trzeba było dokonywać wyborów.

Tu powiem takie dwie refleksje, jeśli chodzi o mnie. Wróciłem po stanie wojennym w 1985 r. i przygarnął mnie profesor Chrzanowski do Ruchu Spółdzielczego. Zresztą o wolności prasy napisałem pierwszy raz w 1985 r. Ukazało się w „Domach Spółdzielczych”, na temat dostępu do informacji i wolności prasy. Nie mniej  w pewnym zakresie prace trwały od 1991-1992 roku nad i regulacjami. Z tego później do Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego pewna część osób przeszła i ja tam też broniłem rozwiązań, redagowałem kilka artykułów Konstytucji dotyczących praw i wolności człowieka i obywatela, to było sformułowanie, które wówczas przyjęto. Najważniejsze żeby był dostęp do informacji publicznej. Żeby dziennikarstwo rzetelne oprzeć na dostępie do informacji. Tu kluczem był dostęp do informacji publicznej. Nie było doświadczenia w krajach tego obozu. Również różne doświadczenia, ciągłość w dostępie do informacji publicznej w utrwalonych demokracjach, jak Francja, Hiszpania czy Wielka Brytania z różną kulturą, te regulacje nie bardzo się nadawały do przeniesienia. Myśmy przyjęli za kształt rozwiązania ze Stanów Zjednoczonych w oparciu na tym powstawał projekt. Powstawały różne wersje. Bez sporów się oczywiście nie obywało. Ostatecznie w składzie, na który wpływ miał i prof. Izdebski i prof. Kulesza, prof. Strzembosz.

W pewnym kształcie, przy pewnych ustępstwach, mieliśmy zresztą muszę zaznaczyć duże szczęście, bo szefem Komisji w Sejmie, podkomisji nadzwyczajnej, która pracowała nad kilkoma kluczowymi ustawami został Henryk Wujec. Więc w tym zakresie dobrze się ta współpraca układała i mając zaplecze intelektualistów, również prawników można było przeprowadzić. Trwało to trochę niestety. I rzutem na taśmę – muszę to też wyraźnie zaznaczyć – dyrektor departamentu, który się zajmował w rządzie Buzka, pan Rataj powiedział, że albo teraz wrzucimy albo..i

 i Buzek podjął decyzję, żeby w takim stanie jak jest wrzucić. Nie będę Państwu opowiadał posiedzeń komisji sejmowej itd. Udało się w większości, bo nie obyło się bez pewnych ustępstw, przeprowadzić. Właściwie przepisy tej ustawy w większości do dzisiaj pozostały bez zmian, pomimo że było szereg podejść, aby to zmienić. To był jeden z filarów. Potem próbowaliśmy przenieść tę pracę na ówczesną Radę Konsultacyjną Centrum Monitoringu Wolności Prasy i tam ten zespół, ludzie którzy pracowali wcześniej – Michał Kulesza, prof. Strzembosz….

Krystyna Mokrosińska: Pozwolę sobie przeczytać listę członków Rady Konsultacyjnej, która pracowała ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich:

prof. Adam Strzembosz

prof. Michał Kulesza

mec. Maciej Bednarkiewicz

prof. Antoni Dudek

prof. Antoni Kamiński

prof. Tadeusz Kowalski

prof. Ireneusz Krzemiński

mec. Agnieszka Metelska

Jacek Moskwa

Nina Nowakowska

prof. Andrzej Paczkowski

Krzysztof Piesiewicz

Julia Pitera

prof. Andrzej Rzepliński

mec. Jan Stefanowicz

dr Joanna Taczkowska

Henryk Wujec

dr Tomasz Żukowski

Ludzie o najróżniejszych kolorach politycznych

Jan Stefanowicz: Tak, od prawa do lewa. Przez dziesięć lat można było rozmawiać.

Zbigniew Rytel: Na tej liście zamknąłbym tę część spotkania, bo to bardzo symboliczne, że tacy ludzie, o takim dorobku współpracowali ze Stowarzyszeniem. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że te czasy wrócą i ludzie z tak znaczącym zawodowym dorobkiembędą chcieli z nami pracować, że wrócimy do tych czasów.

Jan Stefanowicz: Chciałbym powiedzieć kilka zdań o dorobku Rady Konsultacyjnej. To był dobry okres od 2002 do 2012 roku, bez tych wszystkich podziałów. Było bardzo dużo apeli, stanowisk, już w 2011 r. wystąpiliśmy o zmiany w regulacjach na Węgrzech, oby nas to nie spotkało. To się okazało negatywną przepowiednią. Według mnie ten dorobek powinien trwać. W najważniejszych kwestiach można powiedzieć o roli dziennikarza, przepisach dotyczących choćby odpowiedzialności zawodowej. I tego, co się teraz dzieje, żeby zatrzymać ten strumień kłamstw i przeinaczeń – delikatnie mówiąc rzeczywistości pod kątem określonej opcji politycznych, to potrzebne są regulacje. Zajmowaliśmy się i ochroną i dostępem do informacji do tego są ekspertyzy, stanowiska tego grona ludzi, o których pani Krystyna mówiła.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Foto: Marcin Gregorczyk LUXURITY.org