Najprostsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to brak zainteresowania osób, które wydawałoby się najbardziej powinny być zainteresowane jego powstaniem – czyli samych dziennikarzy. Od razu przychodzi na myśl kolejne pytanie: kim właściwie jest dziennikarz i czy to w ogóle jest zawód?
Odpowiedź na drugie pytanie jest dość oczywista. Tak, dziennikarz jest zawodem, co znalazło nawet swoje oficjalne potwierdzenie w Rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 7 sierpnia 2014 roku. Nie ma zresztą się co dziwić, skoro na tej samej liście znalazły się takie zawody jak baca, ciągacz rur, docieracz-polerowacz, juhas, jeliciarz, lasowacz, obchodowy bloku, a nawet… tajemniczy klient. Brak w powyższym wykazie zawodu dziennikarza stanowiłby poważne niedopatrzenie.
Trudniejsza jest odpowiedź na pytanie: kim jest dziennikarz? I tu z pomocą przychodzi nam AI, dzięki której możemy się dowiedzieć, że ,,dziennikarz to osoba tworząca, redagująca i rozpowszechniająca materiały informacyjne (teksty, dźwięk, obraz) w mediach (prasa, radio, TV, Internet), działająca na rzecz redakcji lub z jej upoważnienia, której praca ma charakter twórczy i polega na rzetelnym przekazywaniu informacji”.
Wiem, sztuczna inteligencja nie zawsze jest wiarygodna; sięgnijmy więc do Ustawy z 26 stycznia 1984 roku. Prawo prasowe, uchwalonej w czasie, gdy jeszcze obowiązywały niektóre przepisy stanu wojennego. Zgodnie z art. 7 ust. 2 pkt 5 ustawy ,,dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji”. Uzupełnieniem definicji dziennikarza jest art. 10 ust. 1 wyżej cytowanej ustawy, który stanowi, że ,,zadaniem dziennikarza jest służba społeczeństwu i państwu. Dziennikarz ma obowiązek działania zgodnie z etyką zawodową i zasadami współżycia społecznego, w granicach określonych przepisami prawa”.
Powyższa definicja zawodu dziennikarza zaskakuje swoją lapidarnością. Można jeszcze zrozumieć, że w chwili uchwalania ustawy pominięto Internet, bo go wtedy nie było. Trudniej jednak zrozumieć, dlaczego nie uwzględniono dziennikarzy pracujących w radiu czy telewizji, redukując pracę dziennikarza wyłącznie do przygotowywania materiałów prasowych. Wytłumaczeniem tak wąskiego ujęcia definicji dziennikarza mógłby być argument, że Ustawa – Prawo prasowe dotyczy wyłącznie dziennikarstwa prasowego. Jeśli tak, to dlaczego w innych aktach prawnych, tak istotnych dla środowiska dziennikarskiego, jak w Ustawie o radiofonii i telewizji z 1992 roku, dokumencie liczącym prawie sto stron, ani razu nie pojawia się słowo ,,dziennikarz”?
Ustawowa definicja dziennikarza w Ustawie – Prawo prasowe, w przeciwieństwie do innych zawodów, nie określa warunków, po spełnieniu których uzyskuje się prawo do wykonywania zawodu dziennikarza. A jak jest w innych zawodach?
Lekarzem w Polsce może zostać osoba, która ukończyła sześcioletnie studia lekarskie, odbyła trzynastomiesięczny staż podyplomowy, zdała Lekarski Egzamin Końcowy, ma pełną zdolność do czynności prawnych, odpowiedni stan zdrowia, nienaganną etykę i przynależy do jednej z okręgowych izb lekarskich. Aby zostać adwokatem, należy ukończyć pięcioletnie studia magisterskie na kierunku prawo, odbyć trzyletnią aplikację adwokacką, w tym szkolenie praktyczne pod okiem patrona, pomyślnie zdać egzamin adwokacki, korzystać w pełni z praw publicznych, posiadać pełną zdolność do czynności prawnych, mieć nieskazitelny charakter i być członkiem jednej z okręgowych izb adwokackich. Droga do zawodu architekta prowadzi przez studia magisterskie na kierunku architektura i urbanistyka, dwuletnią praktykę zawodową, egzamin przed Okręgową Izbą Architektów oraz obowiązkową przynależność do niej.
W przypadku zawodu dziennikarza nie istnieje wymóg posiadania wyższego wykształcenia, z czym można by się jeszcze zgodzić, szczególnie obecnie, gdy często ukończenie studiów ma mniejszą wartość niż przedwojenna matura. Warunek wyższego wykształcenia automatycznie eliminowałby z zawodu takie tuzy dziennikarstwa jak Szymon Hołownia, Krzysztof Stanowski, Kuba Wojewódzki czy Szymon Majewski. Nie jestem fanem tych osób, ale nie sposób odmówić im sukcesu zawodowego i finansowego.
O ile wyższe wykształcenie – jak widać wyżej – nie stanowi przeszkody w karierze dziennikarskiej, o tyle może budzić zdziwienie brak wymogu niekaralności, pełnej zdolności do czynności prawnych oraz posiadania praw publicznych. Dziennikarz nie jest również zobowiązany do złożenia oświadczenia lustracyjnego, w przeciwieństwie do strażnika Straży Marszałkowskiej wpuszczającego dziennikarza do Sejmu. Próba nałożenia na dziennikarzy takiego obowiązku spotkała się z oporem wielu redakcji, jak na przykład ,,Gazety Wyborczej”, która w swoim okólniku podpowiadała dziennikarzom, jak uniknąć lustracji – aż do czasu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Może to o tyle dziwić, że nawet Jerzy Urban wyraził zgodę na poddanie się lustracji.
Rozsądne stanowisko zajęła nasza koleżanka – długoletnia prezes SDP – pani Krystyna Mokrosińska, która w sposób jednoznaczny wypowiedziała się za obowiązkiem lustracji dziennikarzy. Również dziennikarze mediów lokalnych nie mieli najmniejszych wątpliwości co do konieczności jego wprowadzenia. Wydawca i dziennikarz ,,Tygodnika Podhalańskiego”, Jerzy Jurecki, powiedział wprost: „Wiem, co zrobilibyśmy z osobą, która współpracowała z SB. Wyrzucilibyśmy ją z hukiem z redakcji”.
W konsekwencji dziennikarzem w Polsce może być baca bądź ciągacz rur (przypominam, że są to oficjalnie uznane zawody), o ile – zgodnie z ustawową definicją dziennikarza – zajmie się redagowaniem, przygotowaniem lub tworzeniem materiałów prasowych i zostanie zatrudniony na umowę o pracę albo zajmie się taką działalnością z upoważnienia i na rzecz redakcji.
Kandydat na dziennikarza może więc być karany, nawet za najcięższe przestępstwa, w przeszłości współpracować z SB albo być współpracownikiem obecnych służb specjalnych, mieć ograniczoną zdolność do czynności prawnych, na przykład być częściowo ubezwłasnowolniony i pozbawiony praw publicznych, czyli utracić czynne i bierne prawo wyborcze oraz możliwość pełnienia funkcji w organach państwowych, a także udziału w wymiarze sprawiedliwości.
Powiecie, Koleżanki i Koledzy, że to przecież niemożliwe, że żadna szanująca się redakcja nie zatrudni takiej osoby w charakterze dziennikarza. Otóż mylicie się. Są osoby podające się za dziennikarzy, ba, nawet redaktorzy naczelni, wobec których zapadły wyroki skazujące, i to niekoniecznie ze słynnego art. 212 k.k. Przypominam, że nawet dziennikarz, w stosunku do którego sąd zastosował instytucję warunkowego umorzenia postępowania, w świetle prawa jest sprawcą przestępstwa.
Problemy z prawem dla wielu dziennikarzy nie stanowiły przeszkody w dalszym, dynamicznym rozwoju kariery i nie spotykały się z ostracyzmem środowiska dziennikarskiego. Wręcz przeciwnie – często takie osoby były nagradzane prestiżowymi nagrodami dziennikarskimi bądź synekurą w państwowej instytucji, a w ostateczności funkcjonowały w glorii męczennika. Mogę sobie również wyobrazić, że dla pana Stanowskiego – o ile zapewni to dużą oglądalność – nie będzie powodem rozterek etycznych ani moralnych zatrudnienie w roli dziennikarza osoby skazanej za naruszenie nietykalności cielesnej i znieważenie policjanta, bo tak właśnie postąpił redaktor naczelny portalu radia ZET, Łukasz Sawala, uznając, że przestępstwo, którego dopuścił się dziennikarz Radek Gruca, w żaden sposób nie podważa jego wiarygodności jako dziennikarza. Oszczędzę sobie więcej przykładów, bo lista jest długa, a nie jest to temat tego artykułu.
Uprzedzając natomiast słuszną uwagę, że przecież w każdej grupie zawodowej znajdą się czarne owce, odpowiem – tak, ale konsekwencją popełnienia przestępstwa w najlepszym wypadku jest zawieszenie uprawnień zawodowych bądź ich utrata. Zawód dziennikarza jest niewątpliwie profesją o wysokim znaczeniu społecznym, zaliczaną w państwach demokratycznych do czwartej władzy, obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Z jego wykonywaniem wiąże się kilka istotnych uprawnień, takich jak prawo do uzyskiwania informacji publicznej czy tajemnica dziennikarska.
Dziennikarze mają bezpośredni wpływ na kształtowanie polityki i społeczeństwa, pełnią także funkcję kontrolną wobec instytucji i osób publicznych, kształtują kulturę masową, tworzą rzeczywistość wirtualną, kreując świadome bądź nieświadomie wzorce postępowania – zarówno pozytywne, jak i negatywne. Te wszystkie prawa nadała dziennikarzom Konstytucja z 1997 roku, gwarantująca wolność prasy i wypowiedzi.
Pomimo to zawód dziennikarza, co może u samych dziennikarzy budzić zdziwienie, nie jest zawodem zaufania publicznego. Takimi zawodami są m.in. zawód adwokata, architekta, biegłego rewidenta, diagnosty laboratoryjnego, doradcy podatkowego, farmaceuty, fizjoterapeuty, inżyniera budownictwa, komornika sądowego, lekarza, lekarza dentysty, lekarza weterynarii, notariusza, pielęgniarki, położnej, psychologa, radcy prawnego, ratownika medycznego czy rzecznika patentowego. Aby dany zawód został zaliczony do zawodów zaufania publicznego, musi spełnić następujące warunki:
- wysokie kwalifikacje, co w praktyce oznacza wyższe wykształcenie,
- obowiązek przestrzegania norm etycznych – działalność zawodowa jest ściśle regulowana przez kodeksy etyki,
- odpowiedzialność dyscyplinarna – możliwość pozbawienia prawa do wykonywania zawodu,
- tajemnica zawodowa,
- zaufanie społeczne wynikające z możliwością dostępu do wrażliwych informacji dotyczących życia osobistego obywateli,
- obowiązkowa przynależność do samorządu zawodowego, który sprawuje nadzór nad prawidłowym wykonywaniem zawodu i ma uprawnienia dyscyplinarne.
Zawód zaufania publicznego wynika z art. 17 ust. 1 Konstytucji oraz z odrębnych ustaw, na przykład o adwokaturze, notariacie czy zawodzie lekarza. Ustawy te określają wymogi, zasady i zakres działania zawodów zaufania publicznego. Oczywiste jest również, że dziennikarz nie jest funkcjonariuszem publicznym, do których zaliczane są wyłącznie osoby pełniące określone funkcje w instytucjach państwowych i samorządowych, których definicja znajduje się w art. 115 § 13 Kodeksu karnego.
W ostatnim czasie niektórych dziennikarzy niektórzy politycy zaliczają do ,,funkcjonariuszy frontu ideologicznego”, ale ponieważ dotyczy do tylko niewielkiej grupy dziennikarzy, chociaż niestety coraz większej, określenie to nie może stanowić synonimu dziennikarza i dla większości tych osób byłoby obraźliwe. Zawód dziennikarza nie znalazł się także na liście zawodów regulowanych, a więc takich, których wykonywanie jest dozwolone tylko pod warunkiem spełnienia wymogów określonych przepisami prawnymi. Pełną listę tych zawodów regulowanych można znaleźć w Obwieszczeniu Prezesa Rady Ministrów z 5 lutego 2024 roku.
Nie można również uznać dziennikarza za osobę pełniącą funkcję publiczną, bo takie osoby wymienione zostały w art. 4 ustawy z 18 października o mogącym wprowadzić w błąd tytule: Ustawa o ujawnieniu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1999 oraz treści tych dokumentów.
To może przynajmniej zawód dziennikarza można zliczyć do wolnych zawodów? I tu niestety znów rozczarowanie. Praca dziennikarza, który zatrudniony jest na umowę o pracę, zlecenia czy o dzieło, a taką m.in. formę umowy przewiduje prawo prasowe, nie może być uznana za wykonywanie wolnego zawodu, gdyż za wykonywanie wolnego uważa się prowadzenie działalności bez zatrudnienia na podstawie wyżej wymienionych umów. Taki zapis jest zawarty w ustawie z 28 listopada 2020 roku o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Jeśli zawód dziennikarza nie jest zawodem zaufania publicznego ani zawodem regulowanym, a nawet wolnym zawodem, jeśli dziennikarz nie pełni funkcji publicznej i nie jest funkcjonariuszem publicznym, to w jaki sposób ustalić, że dana osoba podająca się za dziennikarza jest nim w istocie? I nie jest to tylko pytanie retoryczne.
Spotkałem się w swojej praktyce adwokackiej z sytuacją na sali sądowej, gdy w charakterze świadka występował dziennikarz i odmówił złożenia zeznań, powołując się na tajemnicę zawodową. Dla wyjątkowo skrupulatnego sędziego legitymacja prasowa okazała się niewystarczającym dokumentem i zażądał od dziennikarza udowodnienia, że działa na rzecz redakcji i z jej upoważnienia.
Trzeba pamiętać, że legitymacja dziennikarska, czy też prasowa, wydawana przez redakcje lub stowarzyszenia dziennikarskie, takie jak SDP, nie jest dokumentem sformalizowanym prawnie, tak jak w przypadku lekarzy, adwokatów czy architektów. Z prawa prasowego nie wynika obowiązek jej posiadania, nie istnieje też wzór legitymacji prasowej. To, delikatnie mówiąc, ,,niedopatrzenie”, stwarza realne trudności w pracy dziennikarskiej, o czym przekonał się już niejeden dziennikarz, szczególnie w sytuacji, gdy sądy przyjęły zasadę, że to dziennikarz jest zobowiązany do wykazania w sposób niebudzący wątpliwości, że jest nim w rzeczywistości. Takim dowodem dla sądu, zgodnie z orzecznictwem, będzie wyłącznie okazanie upoważnienia lub zaświadczenia od redaktora naczelnego, ewentualnie skan legitymacji prasowej, o ile zawiera następujące informacje: imię i nazwisko wnioskodawcy, stanowisko, nazwę redakcji, podpis redaktora naczelnego oraz zakres obowiązywania dokumentu (wyrok NSA z 17 lutego 2016 roku).
Bardziej liberalne stanowisko w sprawie wykazania, że jest się dziennikarzem – i tu zaskoczenie – przyjęła… policja, dla której przedłożenie przez osobę jakiegokolwiek dokumentu, z którego wynika działanie w imieniu i na rzecz redakcji, jest wystarczające do przypisania jej statusu dziennikarza („Gazeta Policyjna” nr 1 z 1 stycznia 2021 roku).
Gdy po tych wszystkich wywodach wiemy już, kim jest dziennikarz, łatwiej nam będzie zrozumieć, dlaczego w Polsce nie powstał samorząd zawodowy dziennikarzy. Jaka jest tego przyczyna? Czym w ogóle jest samorząd i co go różni od takich organizacji jak stowarzyszenia, fundacje, związki zawodowe, spółki czy spółdzielnie?
Możliwość tworzenia samorządu przewiduje art. 17 Konstytucji, a najprostsza definicja brzmi następująco: jest to organizacja niezależna od władzy państwowej, posiadająca ustalony prawnie zakres kompetencji do samodzielnego decydowania w sprawach określonej społeczności.
Z samorządem każdy Polak ma do czynienia od urodzenia aż po śmierć, często nie zdając sobie z tego sprawy i mylnie uważając, że członkiem samorządu terytorialnego na poziomie miasta, gminy, powiatu czy też województwa są wyłącznie radni, wójtowie, burmistrzowie, prezydenci i marszałkowie. Ci z nas, którzy uczęszczali do szkoły, tworzyli samorząd uczniowski, a studenci – samorząd studencki. Wydawałoby się więc, że Polacy samorządność mają w genach, o czym świadczy także samorząd rolniczy, zrzeszający wszystkich rolników, czy też samorządy zawodowe, na przykład lekarzy czy adwokatów.
Cechą wspólną tych wszystkich samorządów jest ich obligatoryjność; przynależność do samorządu powstaje z mocy prawa. Do samorządu terytorialnego, uczniowskiego, studenckiego czy rolniczego nie można się zapisać ani z niego wystąpić, nie można być także z niego wydalonym, natomiast nikt nikogo nie może zmusić do aktywnego działania. Nie trzeba też spełniać żadnych dodatkowych warunków. Nawet przestępca w dalszym ciągu pozostaje członkiem samorządu terytorialnego, podobnie jak student, rolnik czy nawet uczeń skazany przez sąd rodzinny. Z udziałem w wyżej wymienionych samorządach nie wiążą się żadne obowiązki, istnieją wyłącznie prawa, takie jak posiadanie biernego i czynnego prawa wyborczego. Bardziej rygorystyczne wymagania obowiązują w przypadku samorządów zawodowych, o czym była mowa w pierwszej części artykułu.
W przypadku dziennikarzy właściwą formą samorządu byłby samorząd zawodowy, zrzeszający wszystkie, bez wyjątku, osoby wykonujące zawód dziennikarza. Mówimy o grupie zawodowej liczącej – jak podają niektóre źródła – około 85 tysięcy osób, które musiałyby wykazać się wysokimi kwalifikacjami, co w praktyce oznaczałoby co najmniej wyższe wykształcenie. Członkowie samorządu podlegaliby sądownictwu dyscyplinarnemu, mającemu uprawnienia zawieszenia wykonywania zawodu bądź wydalenia z zawodu. Od orzeczenia sądu dyscyplinarnego przysługiwałoby odwołanie do sądu powszechnego. Obowiązywałaby tajemnica zawodowa, wymóg niekaralności za przestępstwa popełnione z winy umyślnej, a także konieczność przestrzegania norm etycznych uregulowanych w kodeksie etyki. Członkowie powinni posiadać pełną zdolność do czynności prawnych oraz korzystać w pełni z praw publicznych, jak również przynależeć do jednej z izb samorządowych. Struktura samorządowa byłaby jednopoziomowa, co oznacza, że istniałyby wyłącznie okręgowe izby samorządowe, bez ,,czapy” w postaci naczelnej izby samorządowej. Wszystkim członkom przysługiwałoby czynne i bierne prawo wyborcze. Osoby należące do dziennikarskiego samorządu zawodowego byłyby zobowiązane do złożenia oświadczenia lustracyjnego oraz o braku współpracy z obecnymi służbami specjalnymi. Obowiązywałaby również roczna składka członkowska, na przykład 195 złotych, tak jak chociażby w SDP. Składka powinna być niewielka – w przypadku adwokatów i lekarzy wynosi 1700 złotych – gdyż nic tak nie psuje samorządu, a także partii i stowarzyszeń, jak nadmiar pieniędzy i łatwość ich pozyskiwania. Osobom należącym do samorządu przysługiwałaby prawnie sformalizowana legitymacja potwierdzająca fakt wykonywania pracy dziennikarza.
Uff, widzę już minę co niektórych dziennikarzy – i ich gest Kozakiewicza. Samorząd zawodowy dziennikarzy? – A po moim trupie!
Spełnienie przez dziennikarzy warunków niezbędnych do tego, aby zostać członkiem samorządu dziennikarskiego, dla niektórych z nich mogłoby się okazać nieosiągalne. Ale co z nimi w takim razie począć? Odpowiedź jest prosta i oczywista – nie mieliby statusu dziennikarza, ale nadal mogliby robić to, czym w istocie się zajmują, i to niejednokrotnie z dużymi sukcesami. Mogliby być lobbystami, influencerami, paparazzi, celebrytami, skandalistami, biznesmenami, funkcjonariuszami frontu ideologicznego, specjalistami od zbiórek pieniężnych, intelektualistami, autorytetami moralnymi, a nawet… współpracownikami służb specjalnych. Lista jest długa, a możliwości są nieograniczone. Aż korci mnie, żeby jechać po nazwiskach!
Czy tym osobom zależy, aby powstał samorząd dziennikarski? A w życiu! Zależy wyłącznie na jednym: aby móc używać tytułu dziennikarza, bo sami przyznacie, że to lepiej brzmi niż influencer czy specjalista od zbiórek pieniężnych. Ponadto daje przywilej tajemnicy zawodowej i dostępu do informacji publicznych. Naturalna eliminacja tych osób spowodowałaby małe trzęsienie ziemi, gdyż z 85 tysięcy dziennikarzy członkami samorządu zostałaby połowa, a może trochę więcej. To i tak byłaby większa grupa zawodowa niż adwokaci i architekci.
A może przeszkodą w powstaniu samorządu dziennikarskiego są ci wredni politycy, bo przecież to oni ostatecznie, a konkretnie posłowie, musieliby przegłosować uchwalenie ustawy o samorządzie zawodowym dziennikarzy, tak jak to miało miejsce w poprzednich latach z samorządem lekarzy, adwokatów czy architektów. I tu zaskoczenie.
Okazuje się, że w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości z 2019 roku pojawił się postulat uregulowania odrębną ustawą statusu zawodowego dziennikarza. Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, jak na przykład adwokaci i lekarze. Głównym celem zmiany miało być utworzenie samorządu, który dbałby o standardy etyczne i zawodowe, dokonywałby samoregulacji oraz odpowiadał za proces kształcenia adeptów dziennikarstwa.
Zapowiedź utworzenia samorządu dziennikarskiego spotkała się – eufemistycznie rzecz ujmując – z chłodnym przyjęciem samych dziennikarzy i została odebrana jako szykanowanie ich niezależności. Za zagrożenie dla wolności słowa projekt PiS-u uznał Adam Bodnar – Rzecznik Praw Obywatelskich. Szkoda, że nie był tak odważny w sprawie 114 lekarzy, którzy do dzisiaj są sądzeni za list skierowany w 2020 roku do prezydenta Andrzeja Dudy, w którym wyrazili swoje uzasadnione wątpliwości co do skuteczności szczepionek przeciwko COVID-19.
Pojawiły się graniczące z histerią tytuły: ,,Żadnego samorządu wprowadzać nie trzeba. Chyba że chodzi o co innego – o mechanizm represji, o partyjnych zupaków, którzy będą rozliczali z poprawności ideologicznej i wyrzucali z zawodu” – Bogusław Chrabota, redaktor naczelny ,,Rzeczpospolitej”. Jeszcze ostrzej wyraziło się Towarzystwo Dziennikarskie: ,,Plany PiS-u to śmierć niezależnego dziennikarstwa”. Oczywiście, bo jakżeby inaczej, pryncypialny jak zawsze głos zabrała ,,Gazeta Wyborcza”, nawołując polityków, żeby w pierwszej kolejności zabrali się za uregulowanie zawodu polityka, zapominając albo nie wiedząc, że został on już dawno uregulowany i to wieloma ustawami, łącznie z Konstytucją.
Usprawiedliwieniem tak krytycznego stanowiska części dziennikarzy – bo przecież nie wszystkich – w sprawie uregulowania statusu zawodu dziennikarza i utworzenia samorządu dziennikarskiego może być ich, skądinąd słuszna, obawa, że uchwalony zostanie kolejny bubel prawny, tak jak to miało miejsce w przypadku ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości, które doprowadziły do jego kompletnej zapaści i paraliżu (sytuacja neosędziów).
A jaki był końcowy efekt starań PiS-u? Jak to bywa z wieloma obietnicami wyborczymi – skończyło się na niczym. Z drugiej strony – trochę na zasadzie adwokata diabła – nie dziwię się, że politycy, i to każdej opcji, boją się tego tematu jak diabeł święconej wody, bo dziennikarze to przecież czwarta władza, a robienie czegoś wbrew ich woli mogłoby posła skazać na najgorszą dla niego karę, czyli brak obecności w mediach, co jest równoznaczne z brakiem rozpoznawalności i końcem tak pięknie rozwijającej się kariery.
Starając się zrozumieć dziennikarzy przeciwnych utworzeniu samorządu zawodowego, doszedłem do wniosku, że być może przyczyną jest obligatoryjność, która kojarzy się z przymusem, a tego przecież nikt nie lubi.
Również przedsiębiorcy, a jest ich 3 miliony, nie utworzyli dotychczas organizacji samorządowej, bo obecnie istniejące organizacje zrzeszające przedsiębiorców, działające na podstawie ustawy o izbach gospodarczych, stowarzyszeniach i fundacjach, pozostają związkami o charakterze prywatnoprawnym, co sprawia, że nie mogą być traktowane jako organizacje samorządu gospodarczego, mające charakter publicznoprawny. Główną przeszkodą okazuje się – wywołująca wręcz alergię – właśnie ,,obligatoryjność”. Dlaczego w takim razie to słowo nie wywołuje sprzeciwu, a wręcz przeciwnie – spotyka się z oczywistym zrozumieniem u ucznia, studenta, rolnika, adwokata, lekarza, architekta – długo by jeszcze wymieniać, a u dziennikarzy i przedsiębiorców pretendujących do elity społeczeństwa jest nie do zaakceptowania?
Przedsiębiorcy, tworząc powszechny samorząd gospodarczy liczący 3 miliony członków, stanowiliby organizację, z której głosem musiałby poważnie liczyć się każdy rząd i każdy poseł, tak jak to ma miejsce w Niemczech, Francji czy we Włoszech. Przestaliby wreszcie narzekać, że prawo ich dotyczące tworzone jest bez ich udziału i w oderwaniu od realiów gospodarczych, a instytucja Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, z której działalności nic pozytywnego nie wynika – poza kosztami funkcjonowania – okazałaby się całkowicie zbędna.
Być może przyczyną oporu dziennikarzy sprzeciwiających się samorządowi zawodowemu są głosy krytyczne docierające od lekarzy zrzeszonych w izbach lekarskich. Słuszna jest krytyka tych lekarzy, którzy dostrzegają w działalności samorządu lekarskiego brak profesjonalizmu sądów lekarskich, klientelizm, rozrost biurokracji samorządowej, nadmierne wydatki, wysokie wynagrodzenia za pracę, która powinna być wykonywana społecznie bądź za niewielkie wynagrodzenie, bizantyjskie siedziby i ich wyposażenie, zbyteczność istnienia Naczelnej Izby Lekarskiej czy sprawowanie funkcji samorządowych przez osoby o niskim autorytecie.
Podobne wady można dostrzec także w funkcjonowaniu samorządu adwokackiego, ale byłbym daleki od wniosku o jego likwidację! Tym bardziej że te wszystkie wyżej wymienione ułomności można zlikwidować w bardzo prosty sposób – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – poprzez zmniejszenie ilości pieniędzy, które strumieniem wpływają do samorządów. W przypadku lekarzy jest to 325 milionów rocznie – tylko z tytułu składek członkowskich – nie licząc dotacji budżetowej na wykonywanie zadań administracyjnych.
Władze samorządowe nie muszą się także martwić o ściągalność składek, gdyż lekarz, tak jak i adwokat, za niepłacenie składek traci prawo wykonywania zawodu. Jedynym ,,problemem” jest to, jak te pieniądze wydać, bo ich niewydanie w danym roku mogłoby wywołać niepotrzebną frustrację i konieczność udzielenia odpowiedzi na pytanie – tym, co bardziej namolnym członkom – dlaczego musimy płacić tak wysokie składki? Ale nikt takiego pytania nie zadaje, ponieważ inwencja w wydawaniu jest nieograniczona, a pokusa ogromna. Ostatecznie zawsze można wydać grube pieniądze na… poprawę wizerunku samorządu, tak jak w przypadku Naczelnej Izby Adwokackiej.
Trudno więc się dziwić, że mając takie pieniądze do wydania, do sprawowania funkcji w samorządzie zawodowym lekarzy czy adwokatów garną się osoby, dla których działalność samorządowa często jest głównym źródłem dochodów lub też znaczącym jego uzupełnieniem. Powstała kasta ,,zawodowych działaczy społecznych”, a to z kolei powoduje, że dla wielu miernot, które nie mogą liczyć na sukces zawodowy, pieniądze zarobione w samorządzie są łakomym kąskiem. Mniejsze pieniądze w samorządach oznaczałyby obowiązek płacenia niższych składek, co niewątpliwie spotkałoby się z uznaniem członków samorządu, ale przede wszystkim – i to jest najważniejsze – w samorządzie działałyby osoby pracujące społecznie bądź za niewielką gratyfikację finansową. Powiecie, Koleżanki i Koledzy, że to przecież niemożliwe. Możliwe, możliwe… Jako adwokat pamiętam czasy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy w samorządzie adwokackim pracowały osoby darzone prawdziwym autorytetem, powszechnie znane w środowisku, i nie otrzymywały za to wynagrodzenia. Byli to prawdziwi społecznicy – dzisiaj słowo niemodne, trącące myszką. I takie właśnie osoby potrzebne są w przyszłym samorządzie zawodowym dziennikarzy.
adw. Marek Czarnecki