Pogrzeb Pisarki – poprzedzony Mszą żałobną w kościele św. Karola Boromeusza – odbył się w poniedziałek 20 czerwca 2022 o godz. 13.00 na Cmentarzu Powązkowskim. To oczywiste, gdyż tam spoczywają krewni Mai Lidii, a Ona sama zawsze uważała się za warszawiankę.

Okoliczności śmierci Pisarki przerażają. Nigdy – choć często poruszaliśmy sprawy ostateczne – żadne z nas nie brało pod uwagę takiego scenariusza! Z uwagi na sytuację międzynarodową – spodziewaliśmy się prędzej zdarzeń typu powietrze czy wojna, w dalszej perspektywie – głód. Ją zaskoczył jednak czwarty żywioł. Zaskoczył w pełni sił twórczych, w akme, w apogeum średnich lat.

            To niewyobrażalna tragedia dla Jej wiekowych Rodziców, którzy stracili jedyną Córkę. To potworna tragedia dla Męża, dla którego była Muzą.

            Maję Lidię poznałem w środowisku Fandomu na Nordconie w roku 2004. Początkowo wydawała mi się osobą trochę niesamowitą, jakby z innego wymiaru. Dopiero później zauważyłem, że nie ma w Niej nic demonicznego, a jest dziewczyną ciepłą, wrażliwą, empatyczną, bardzo uduchowioną, rzadkiej klasy erudytką, która dysponuje pogłębioną wiedzą na każdy temat. Takie niezwykłe – a co więcej, piękne – kobiety spotyka się tylko w legendach. Takie osoby są nie do zastąpienia. Miałem szczęście spotkać kilka, a jedną nawet poślubić.

            Na Czekonie 2005 (dawno zapomnianym częstochowskim konwencie) Maja Lidia i Jej mąż Jarek Grzędowicz otrzymali apartament ze wspólną dla innej pary łazienką. Gdy Pisarka weszła do środka, zaskoczył ją widok niewiasty o podobnym, orlim, arystokratycznym profilu. Długo wzajemnie się sobie przyglądały z niedowierzaniem i sympatią: Maja Lidia i Liwia Sabina – moja żona. Podobieństw było zresztą więcej: ten sam rok urodzenia, jedynactwo, talenty malarskie, niezła znajomość języka francuskiego, przedkładanie spraw duchowych nad materialne, podwójność imion i nazwisk. Odtąd pozostawaliśmy w dość częstym kontakcie, spotykając się prywatnie i na konwentach, ale przede wszystkim esemesując, gdyż wszechstronność naszych zainteresowań i obowiązków inaczej nie pozwalały. Zresztą, w przeciwieństwie do naszego kręgu towarzyskiego – krąg bliskich (podkreślam: bliskich!) przyjaciół i znajomych Mai i Jarka, mimo ich popularności, był relatywnie mały. Bezpośrednich interakcji między nami a Mają i Jarkiem zaistniało niewiele: raczej 35 niż 50 (to pewnie da się wyliczyć na podstawie moich Dzienników i zdjęć). Zdarzyło nam się z Mają Lidią trzymać wspólnie dziecko do chrztu. Ktoś stwierdził wtedy trafnie, że wyglądamy jak Stefan Grabiński i jedna z jego bohaterek; heroiny tego autora były bowiem silnymi kobietami o charakterystycznych, wydatnych nosach, często arystokratycznego pochodzenia. Za to esemesów wymieniliśmy tysiące, a każdy ich cykl mógłby posłużyć za powieściowy dialog. Czasami pozdrawialiśmy się tylko z podróży: oni z Moraw albo z Turcji, my – z Finlandii, Francji czy Grecji (tam bowiem jeździliśmy najczęściej).

            Kiedy spotkaliśmy się ostatni raz? Chyba podczas promocji tomu I „Bram światłości” w styczniu 2017; był to zarazem jubileusz 20-lecia Jej pracy twórczej. Potem zająłem się wykańczaniem własnej książki i rozpocząłem studia doktoranckie, co oddaliło mnie trochę od fandomowej społeczności. Wróć! Widzieliśmy się – jak świadczą zachowane zdjęcia – jeszcze rok później podczas reaktywacji „Fenixa”. Jednak od 2019, kiedy groziła mi utrata wzroku, a zwłaszcza w pierwszym roku pandemii, korespondowaliśmy regularnie, udzielając sobie wzajemnie duchowego wsparcia. Rzecz jasna wtedy – w obliczu kruchości zdrowia i życia – skoncentrowaliśmy się na tematach nadprzyrodzonych i egzystencjalnych. Bywało, że wymienialiśmy nawet 60 esemesów dziennie. Maja z Jarkiem przebywali wówczas w Załubicach, my – w Beskidzie Sądeckim, w rodzinnym domu mojej żony, dość starym, by działać kreatywnie na wyobraźnię. Oto fragmenty tej korespondencji, niejednokrotnie układającej się w dialogi (teksty M.L.K. wyróżniłem wyboldowaną kursywą, moje partie zaznaczyłem zwykłą czcionką – z jednym wyjątkiem):

Mikołaju, pytałeś mnie, jaką mamy rolę do spełnienia. Mam pewien pomysł. Świat staje się coraz bardziej świecki. Inteligencję utożsamia się teraz ze światopoglądem absolutnie ateistycznym i materialistycznym. Myślę, że nasza rola polega na pokazywaniu ludziom, że istnieje też świat nadprzyrodzony. Że zmarli żyją gdzieś w innej rzeczywistości, że istnieją demony, a także dobre duchy i anioły. Poszerzać im horyzonty. Przekonywać, że ich uwielbienie dla nauki i materializmu dowodzi ciasnoty umysłowej. Bo człowiek prawdziwie inteligentny ma otwarty umysł i niczego nie wyklucza. Szuka odpowiedzi, zamiast łykać gotowe, zaserwowane przez rzekome autorytety naukowe. Wiem, że nic nie wiem, a nie: nauka już wszystko wie. Bo nie wie! Nic! A możemy te misje realizować właśnie przez pisanie! (19 czerwca 2020)

            Od dawna wiedzieliśmy, że mamy podobną duchowość i podobny ogląd świata. Zdarzały nam się dziwne przypadki z zakresu prekognicji i retrokognicji. Mnie co prawda tylko incydentalnie lub czasem trochę częściej (odsyłam do mojego felietonu o Belmondzie i do książki o Jarku Zielińskim, innym poświęcę kiedyś pewnie osobny tekst). Obydwoje jednak notowaliśmy nasze niesamowite sny. Lecz Maja Lidia zwierzała się z nich nielicznym osobom.

            Konsultowaliśmy też powieści i opowiadania. Jej – powstające, moje – jeszcze nienapisane, pozostające w konspektach i fragmentach. Wtedy Maja Lidia, której nieobca była mentalność dawnych ludów, ujawniała zdumiewającą wiedzę na temat historii, sztuki, architektury i archeologii Antyku tudzież Średniowiecza, łatwość kojarzenia kwestii pozornie odległych. Dość długą „Głowę Helwidiusza Priska” analizowali lata temu obydwoje małżonkowie. – Tytuł przywodzi na myśl film „Przynieście głowę Alfredo Garcii” – podsumowała Maja. Zaś Jarek stwierdził, że motyw ożywionej ściętej głowy jest w fantastyce słabo wyeksploatowany, a przez to interesujący. I zrobiło się czarnohumorzaście. Tekst ukazał się w „Qfancie” w roku 2012.

            Kontynuowaliśmy sprawę latem 2020:

– Wracając do Templariuszy, mroczny jest ich kult odciętej głowy zwanej Bafometem. W ogóle profetyczny i mistyczny aspekt zdekapitowanej głowy jest niepokojący. Głowa olbrzyma Imira spoczywa u korzeni Ydgrasila i daje mu moc drzewa kosmicznego. A przedostatnia przemiana przed osiągnięciem nighrebo, czyli zaciemnienia, ostatniej fazy przed uzyskaniem kamienia filozoficznego to caput mortuum. Czyli głowa CZEGOŚ umarłego, nie KOGOŚ, to po łacinie rodzaj nijaki. I robi się straszno.

– A dodajmy do tego głowę Helwidiusza Priska! W planowanej powieści jakaś istota kolekcjonowała różne głowy, by zyskać ich moc. Starała się więc zdobyć głowę HP wywiezioną do Brytanii, gdzie panował kult głów. Jednak Celtowie zrobili z niej własny użytek. Co więcej, niektóre z tych spraw opisał Tacyt, nie zawsze wprost. Czytając go Rudolf Glaber stwierdził z przerażeniem, że pierwsze litery kolejnych zdań od poł V księgi „Dziejów” tworzą akrostych wyjaśniający przerażającą tajemnicę głów, więc rzucił to w ogień. Stąd nie ma cd Tacyta. Jednak na kawałek zaginionego egz natrafił mój krewny. Odcyfrował, jednak Niemcy to zwęszyli, więc w szpitalu sierpeckim nie podali mu penicyliny i umarł.

– No widzisz! Dołącz do tego późniejszy acz połączony proceder tworzenia masek pośmiertnych. Np. w Mykenach, a także w samym Rzymie. To pokłosie kultu głów, które się po prostu psuły.

– W Muzeum Czartoryskich widziałem etruskie naczynia w kształcie głów. To też musi się pojawić!

            Już nigdy to, co napiszę w dziedzinie historical fiction, nie będzie zadowalające, gdyż zabraknie Jej krytycznego oka, analizy, podpowiedzi, inspiracji!

            Kiedy indziej jednak zeszliśmy na jaśniejsze tematy:

I tak z pisarką wymieniamy esemesy – notowałem w Dzienniku Pandemicznym 26 maja 2020, czyli w 58 dniu pobytu na Sądecczyźnie – o naszych rodzicach, pielgrzymkach, podobieństwie Madonny Licheńskiej do Guadalupskiej (to M. L. odkryła), podobieństwie układu Piety do Achillesa z ciałem Patroklosa (to ja zauważyłem ze 12 lat temu podczas jakiejś Wielkanocy tutaj). Guadalupska – piszę – twarz zwrócona w lewo (tzn. z naszego punktu widzenia). Licheńska – w prawo. Półprofil, pochylenie głowy, przymknięte oczy – niemal identyczne. Brwi podobnie wymodelowane. Dostrzegam różnice w kształcie nosa. Gaudelupska nie ma rysów typowych dla kobiet Wschodu, ani nawet dla Hiszpanek czy Latynosów. I jeszcze zręczne przejście do Michała Anioła. Na koniec Kossakowska przesyła piękny fragment swego wiersza:

Z romańskiego nieba

po dachach gotyckich katedr

Jezus Chrystus ponownie zszedł na ziemię,

aby w renesansie zmieszać się z tłumem.

            Maja Lidia była bowiem utalentowaną poetką. To mało powiedziane! Należała – moim zdaniem – do pierwszej dziesiątki najwybitniejszych polskich poetów i do pierwszej piątki najznakomitszych polskich poetek współczesnych. Sama tak nie uważała, traktując poezję jako ćwiczenie. Jej wiersze – rytmiczne, dźwięczne, rymowane i obrazowe – łatwo wpadały w ucho i zostawały w pamięci. W roku 2015 wystąpiłem do red. Aleksandra Nawrockiego z inicjatywą zamieszczenia w „Poezji dzisiaj” wierszy pisarzy fantastyki. Nobliwy redaktor wygospodarował dla nas ponad 20 stron. Napisałem wstęp krytyczno-biograficzny i przesłałem poezje siedmiu autorów z Mają Lidią na czele. Całość ukazała się w numerze 114. Poezja Kossakowskiej musiała szczególnie spodobać się A. Nawrockiemu, skoro na stronie internetowej czasopisma zamieścił – w ramach promocji numeru – Jej wiersz „Avalon”, który nadal można przeczytać tutaj:

http://poezja-dzisiaj.eu/Wiersze114.html

            Powstał później ambitny plan wydania antologii poezji wszystkich polskich pisarzy fantastyki, ale – jak dotychczas – na planie się skończyło. Planów mieliśmy znacznie więcej, np. zrobić fabularyzowany dokument o Julianie Ursynie Niemcewiczu, gdzie arystokratyczne damy z jego otoczenia zagrałyby kobiety o szlachetnych rysach: Maja Lidia, Liwia Sabina i Marta Cywińska. Tak się jednak raczej nie stanie, gdyż pomysłodawca – Stanisław Grabowski – i proponowany odtwórca głównej roli – Janusz Leśniewski – też już nie żyją.Proponowałem również Mai i Jarkowi wstąpienie do SDP jako doświadczonym dziennikarzom. Byli gotowi, choć  zastrzegali, że trudno im będzie odnaleźć dawne materiały dokumentujące dorobek.

            Kossakowska wysyłała także rymowane życzenia. Na przykład na Boże Narodzenie roku 2014: Mirry, złota i kadzidła, ciału zdrowia, duszy skrzydła, i radości, i Światłości, szczęścia, które w domu gości, losu co nam dobrze darzy, życzy małżeństwo pisarzy Maja i Jarek

            Natomiast w kwietniu br. dostaliśmy od Niej taki wierszyk:

Już na wierzbach kwitną kotki,

w kuchni jaja, chrzan i mięsa,

już mazurek pachnie słodki,

nie ma rady, idą Święta.

Niech nadzieja się zieleni

w ten czas godów Wielkanocnych.

Pokój ludziom całej ziemi

i zwycięskiej wizja wiosny!

            Jednak o Wielkanocy pisała również w nurcie doloryzmu:

Już od upadków zdarte kolana,

Do łez i kości.

Wokoło wrzeszczy tłuszcza pijana,

Nie zna litości.

Drewno przygniata twarz i ramiona,

Do pyłu drogi.

W dali majaczy wzgórze zamglone,

Czerep złowrogi.

Stoją kobiety, takie spłakane,

Na skraju miasta.

Gdy spada deszczem niebo spękane.

Stacja czternasta.

                                                                       (M.-L. Kossakowska, „Pasja”)

            Z całą pewnością potrafiłaby ułożyć wierszem przejmującą Drogę Krzyżową, rozpisaną na wszystkie stacje. Tego pomysłu jednak nie zdążyłem Jej podszepnąć.

            Może zabrzmi to bluźnierczo, jednak odważę się napisać, iż bardziej podobała mi się poezja Mai Lidii niż Jej proza. Tu znowu ceniłem znacznie wyżej  (w przeciwieństwie do Autorki) „Zakon Krańca Świata” niż dołującego „Upiora Południa”. Tym bardziej, że w „Zakonie” w dwóch postaciach rozpoznałem samą Maję Lidię i Jarka, a jedno wnętrzne odwzorowywało mieszkanie Pisarki. „Takeshiego” przeczytałem tylko pierwszy tom. Drugiego nie znam. Co miało być w trzecim, z którym Kossakowska zmagała się podczas pandemii, wiem od Niej samej, lecz oczywiście tego nie ujawnię. Zachęcałem Ją wielokrotnie do stworzenia powieści historyczno-fantastycznej o Hetytach – wymarłym ludzie z Azji Mniejszej, z którego specjalizację zrobiła podczas studiów; ostatni raz 9 czerwca 2020:

– Czy Hetyci zapisali jakieś wzmianki o zarazie w ich państwie? To byłby motyw i na czasie, i historyczny.

– Oczywiście, że tak. Była zaraza w Państwie Hatti. Jak też w całym Lewancie.

Dodała jednak, że na razie tego nie zrobi ze względu na zlecenie napisania książki.

– Ale potem atmosfera pandemii może przeminąć (oby zresztą przeminęła jak najszybciej!). Inaczej: teraz tylko naszkicuj, wlej własne uczucia i wróć do tego za jakiś czas.

– Zobaczę. Na razie rzeczywistość dostarcza mi zdecydowanie zbyt wielu bodźców.

            Toczyliśmy też rozmowy na tematy podróży i historii sztuki:

Zabawne pisała 20 lipca 2020 – ale w obliczu zabytków sztuki i architektury, zwłaszcza starożytnej, potrafię dostać coś w  rodzaju „amoku archeologicznego”. W Briude zapłaciłam za 4 wotywne świece, zapaliłam je i – mimo barierek zabraniających wstępu – zeszłam do krypty oglądać polichromie przy pomocy tego światła. W tej bazylice romańskiej znajduje się poruszająca rzeźba Chrystusa Trędowatych. W La Chaise-Dieu leżałam na posadzce kościoła, żeby obejrzeć malowidła na suficie. W Turcji, w Goreme wspinałam się na skały, żeby dotrzeć do kościołów doby ikonoklazmu. W Thuburbo Majus w Tunezji przewracałam stelle rzymskich żołnierzy, żeby je obejrzeć, choć na wszystkie strony pryskały te malutkie, zabójcze, przejrzyste skorpiony, zwane „expres to Allah”.

            Śmierć zaskoczyła Maję Lidię w ukochanym miejscu, pozornie bezpieczniejszym niż zakowidowana metropolia – w letniskowym domku, dokąd mieliśmy „permanentne” zaproszenie, a gdzie w końcu nigdy nie przyjechaliśmy. Zresztą wielu twórców miało i ma letnie rezydencje na wsi; tam też właśnie powstają ich najlepsze dzieła. Jest to tradycja sięgająca antyku, by wymienić tylko Cycerona i Pliniuszów, w późniejszych czasach sir Waltera Scotta, we współczesnych zaś chociażby wspomnianego wyżej, a zmarłego niedawno Aleksandra Nawrockiego. Domek Mai zwał się „Majówka”. Skojarzenie, że imię Zmarłej zawierało miesiąc Jej śmierci, wzbudza we mnie metafizyczną grozę.

            Czy Maja Lidia dostała tym razem jakieś znaki albo inne ostrzeżenia? Tego nie wiem. Od powrotu z weekendu majowego mam niesprawną komórkę, a poza tym finalizuję postępowanie doktorskie. Raz więc tylko zatelefonowałem do Pisarki ze stacjonarnego, proponując Jej przystąpienie do kolegium redakcyjnego czasopisma, którego właściciel i naczelny niedawno odszedł do Wieczności. Nie rozmawialiśmy długo, gdyż zastałem Ją w sklepie. Było to we wtorek 17 maja albo dzień później.

            Czy ja dostałem jakieś znaki? Chyba w piątek 20 maja stanął niespodziewanie zegar w naszym salonie. Powiedziałem wówczas Liwii Sabinie, że wskazał widać czyjś koniec (wyjaśniam od razu, iż ponad 30 lat temu zegar, również napędzany baterią, zatrzymał się w momencie zejścia mojej Babci macierzystej, która z nami mieszkała). Chyba w sobotę zachciało mi się nagle śpiewać pieśń pogrzebową „Anielski orszak”… W noc tragedii znienacka zabrakło mi oddechu, a rankiem obudziłem się spocony. Lecz to mogła być koincydencja, do której – jako człowiek nauki – powinienem podchodzić z dozą sceptycyzmu, choć bez negacji. O pożarze dowiedziałem się przed 20.00 od kuzyna mojej żony, który z kolei znalazł na Facebooku wpis Łukasza M. Wiśniewskiego – wspólnego kolegi z Fandomu. Ktoś musiał uzupełnić o tragiczne informacje biogram Mai Lidii w Encyklopedii Fantastyki. Ciężko mi było, ale zrobiłem to dzień później. A choć przeczytałem liczne teksty na temat Jej strasznego końca, edytując hasło – jeszcze ze 2 razy się upewniłem, że to niestety prawda, bo… zacząłem powątpiewać!

Mikołaj Juliusz Wachowicz

Foto archiwum prywatne Autora:Autor i pisarka podczas Jej benefisu 10 stycznia 2017 w Domu Zabawy i Kultury DZIK (przy ul. Belwederskiej 44A).