W lutym minęło 35 lat mojej pracy zawodowej. Sporo, bo zaczęłam na IV roku studiów. Zimy pamiętnej nie dlatego, że ja zostałam przyjęta do pierwszej pracy, ale dlatego, że wybuchła I wojna w Iraku, zaczynałam w Urzędzie Rady Ministrów.
Dobrze zapowiadającą się karierę urzędniczą przerwałam w 2008 r. na rzecz redakcji „Gazety Bankowej”, do której wracałam jeszcze dwukrotnie. Po drodze były redakcje gazet codziennych – „Gazeta Prawna” i „Życie” – zwane Życiem z kropką, albo Wołkowym w odróżnieniu od „Życia Warszawy”. Były miesięczniki – „Europlan” i „Eurofakty”, były inne periodyki z wielu dziedzin, a w miarę przechodzenia prasy do internetu, portale. Czasem szefowałam, czasem byłam prostym dziennikarzem.
Drugi przełom zawodowy nastąpił w 2015 r., kiedy zdecydowałam, że zwiążę się z organizacjami pozarządowymi. Na stałe współpracuję z dwiema – Fundacją Między Słowami i Oddziałem Warszawskim SDP. Pisuję recenzje i okazjonalnie inne teksty – np. audiodeskrypcję do pełnometrażowego filmu fabularnego.
Jubileusz to siłą rzeczy okazja do refleksji nad tym, co się zmieniło. W dziennikarstwie minęła epoka. Kiedy zaczynałam, to redakcja była miejscem dyskusji, pracy nad tekstem i zdobywania doświadczenia pod okiem starszych, mądrzejszych.
Tu mała refleksja o tym, że naprawdę miałam się od kogo uczyć. Udało mi się spotkać na swojej drodze wielu wspaniałych ludzi, w urzędach to byli tzw. państwowcy, którzy (przypominam czas ledwo po zmianie ustrojowej, wielkich nadziei i mocy sprawczych) chcieli wprowadzać najwyższe standardy, wierzyli, że urząd może działać na rzecz ludzi, że państwo może być przyjazne. Wspomnę kilku nieżyjących – zajmujących się sprawami społecznymi – Jacka Kuronia i Andrzeja Bączkowskiego, niestrudzonego reformatora polskiego samorządu Michał Kulesza, czy pioniera informatyzacji Marka Cara.
Autorytetów zawodowych w dziennikarstwie także mi nie brakowało. Od czasu, kiedy miałam praktykę w „Dzienniku Polskim” w Krakowie, jak słyszę „felietonista”, to mam w pamięci starszego pana, w gustownej kożuszkowej kamizelce – Bruno Miecugowa.
W kolejnych redakcjach trafiałam w większości na mądrych szefów, dzięki temu, że Iwona Ryniewicz zaufała mi, powierzając Magazyn GB, moja wiedza o finansach i ekonomii poszerzyła się znacznie, dzięki Liście 500 dowiadywałam się bardzo dużo o przedsiębiorstwach, a pisanie o finansach publicznych, sylwetki przedsiębiorców, wywiady – od premierów począwszy, na wdrożeniowcach skończywszy było okazją do spotkania wielu ciekawych, czasem niezwykłych ludzi.
Nad moim warsztatem pracowali cudowni redaktorzy, szczególnie dynamiczna była współpraca z redaktorem Ireneuszem Chojnackim i Grzegorzem Cydejką – zasada była taka, jak jednemu tekst się podobał, to drugi go krytykował. Z czasem nauczyłam się, czego każdy z nich wymaga i było łatwiej. W kolejnych odsłonach „Gazety Bankowej” miałam zaszczyt pracować z Andrzejem Nartowskim i Romualdem Orłem. Od każdego z nich wiele się nauczyłam.
Przejście do trzeciego sektora było spowodowane warunkami ekonomicznymi – praca jako freelanser nie dawała dochodu wystarczającego do życia. Wydawało się, że duże projekty kulturalne – kilkanaście wyprodukowanych spektakli teatralnych i trzy filmy przyniosą stabilizację. Ale ważniejsze okazało się znowu obcowanie ze sztuką na najwyższym, profesjonalnym poziomie, osobowościami kultury i wreszcie to, że w większym stopniu efekt zależy od wkładu pracy.
Jednym z najciekawszych doświadczeń było organizowanie spektakli z audiodeskrypcją. I znowu, kiedy zaczynaliśmy w małym, nieistniejącym już klubie Projektor na Pradze Północ, to nie wiedzieliśmy zbyt wiele, baliśmy się, czy podołamy. A potem ogromna satysfakcja, kiedy niewidome osoby dziękowały za możliwość zobaczenia spektaklu. Zobaczenia, bo – to kolejna ważna lekcja – w kontaktach z niewidomymi tego słowa nie unikamy.
O wielu doświadczeniach mogłabym pisać. Może będę miała jeszcze okazję. Jeśli czas i obecni szefowie pozwolą. To też ludzie, za których dziękuję opatrzności, ciekawe postaci, mistrzowie, każdy w swojej dziedzinie. Cieszę się, że mnie zatrudniają, chociaż lata lecą i na dzisiejsze standardy jestem już stara. Obiecuję jedno – ciągle będę używała swojej, nie sztucznej inteligencji i będę w tę pracę zaangażowana najmocniej, jak potrafię. Tak było na początku i to się akurat po 35 latach nie zmienia.
Na koniec kilka zdjęć, które akurat wpadły mi w ręce z różnych etapów mojej pracy.
Zdjęcie czołówkowe – Biuro Prasowe Rządu, czyli moja pierwsza praca, szef Dariusz Jadowski i moje koleżanki, Dorota, Irena, Anna i Elżbieta – Dział Wydawniczy, którym kierowałam.
Rok 1998 r. – wyjazd służbowy do Skandynawii z „Gazety Bankowej”, schodzę z pokładu promu „Silja Europa”. Byłam za Kołem Polarnym, po powrocie pisałam między innymi o margarynie, która obniża cholesterol.

Kolejna odsłona „Gazety Bankowej” – z redaktorem naczelnym Andrzejem Nartowskim i felietonistą Zbigniewem Rytelem, który jest obecnie jednym z dwóch moich szefów.

Ostatnia już odsłona „Gazety Bankowej” – z redaktorem naczelnym Romualdem Orłem podczas uroczystości wręczania nagród za Najlepszy Bankowy Projekt Informatyczny.

Kolejny etap, rok 2019 – to już Fundacja Między Słowami – w Budapeszcie z twórcą Fundacji, aktorem i reżyserem Marcinem Kwaśnym, aktorką Ewą Ziętek, aktorami Łukaszem Lewandowskim, Michałem Chorosińskim i Dariuszem Kowalskim – spektakl „Mój syn, Maksymilian” był zaproszony do Węgierskiego Teatru Narodowego. Gościł nas Dom Polskiego Pielgrzyma.

Dorota Bogucka